czwartek, 13 grudnia 2012

o 14:42 , Autor: Rafał 0 komentarze

Dziś otrzymałem na moje konto zwrot pieniędzy za bilety zakupione w OLT Express. Jestem o tyle zaskoczony, że jeszcze niedawno bank informował mnie pisemnie, że procedura reklamacyjna zakończy się najwcześniej w pierwszym kwartale 2013. Od zakupu nieszczęsnych biletów do zwrotu pieniędzy minęło dokładnie 8 miesięcy...

Całą sprawę mogę podsumować w ten sposób - trzeba znać swoje prawa i mocno stać przy swoim zdaniu. Niestety pracownicy banków, a zwłaszcza pracownicy infolinii, są niedoinformowani i specjalnie będą próbowali Wam wciskać kit, że pewne rzeczy nie są możliwe. A szkoda, bo bank nie dokłada do interesu ani grosza - jedyne co musi zrobić, to reprezentować swojego klienta podczas procedury reklamacyjnej w firmie wydającej kartę płatniczą. Czy naprawdę klient musi być traktowany jak zło konieczne? Zastanówcie się nad tym, drodzy bankowcy...

Czytaj dalej...

piątek, 31 sierpnia 2012

o 14:02 , Autor: Rafał 0 komentarze

Wczoraj zadzwoniono do mnie z Getin Online w związku z przesłaną przeze mnie reklamacją i żądaniem uruchomienia procedury chargeback za zakupione bilety OLT Express.
Okazało się, że muszę... dosłać jeszcze jeden wypełniony formularzyk. No cóż, żyjemy w czasach niekończących się formalności. Mam nadzieję, że mój sumaryczny koszt poniesiony w związku z reklamacją (listy polecone, koperty...) nie przekroczy kwoty, o której zwrot się ubiegam :)
Ponownie było czuć niepewność w głosie pracownika Getin, z którym rozmawiałem telefonicznie, kiedy zapytałem o ten "brak możliwości uruchomienia chargebacku na karcie debetowej". Podobno przełożony mojego rozmówcy również zapoznał się z moim listem i rozpoczął wyjaśnianie tego problemu. Otrzymałem obietnicę, że jak ta sprawa zostanie wyjaśniona, to skontaktują się ze mną. Odpowiedź otrzymałem jeszcze tego samego dnia, kilka godzin później. Poinformowano mnie, że wystarczy, jak podeślę tylko ów brakujący formularz.
No, zobaczymy jaki będzie kolejny krok banku. Wypełniony "brakujący" formularz został wczoraj popołudniu wysłany priorytetem. Dodatkowo jego skan, zgodnie z zaleceniem mojego rozmówcy, został wysłany drogą elektroniczną, aby przyśpieszyć procedurę.

PS. W związku z rozbiciem mojego dotychczasowego wydziału na dwa nowe wydziały - wprowadziłem drobne zmiany w polu "O mnie". Dopisałem też tytuł naukowy - a co, bo mogę ;)

Czytaj dalej...

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

o 20:53 , Autor: Rafał 0 komentarze

Stało się! Miał być odpoczynek nad polskim morzem połączony z wygodnym transportem. Godzinka lotu samolotem zamiast 10 godzin mordęgi w zatłoczonym, zagrzanym pociągu. Lecz dwa dni przed odlotem wszystko dupnęło...

Na pewno każdy już słyszał o upadku linii lotniczych OLT Express, które miały zrewolucjonizować polski transport. Pech chciał, że dwa dni przed moim odlotem linia ogłosiła odwołanie wszystkich lotów krajowych... No cóż, pech to pech. Ale fajnie by było odzyskać pieniądze za bilety, czyli prawie 400 zł (tam i z powrotem dla dwóch osób na trasie Kraków-Gdańsk).

Dzwoniłem na call center, tam obiecano mi, że pieniądze zostaną zwrócone w ciągu 14 dni roboczych. Oczywiście termin nie został dotrzymany :) Miałem to szczęście, że za bilety płaciłem kartą. Pozostała mi więc ostateczność w postaci procedury chargeback, czyli cofnięcia płatności. W skrócie mógłbym opisać, że jest to tylna furtka na odzyskanie pieniędzy od nieuczciwych kontrahentów udostępniona przez firmy VISA i Mastercard. Wystarczy udowodnić, że opłacona firma nie wywiązała się z usługi (w tym przypadku: opłacony lot nie odbył się). Po więcej informacji odsyłam do Googli.

Dziś do mojego banku (Getin Online) wysłałem podanie o rozpoczęcie procedury chargeback wraz z kompletem dokumentów, które potwierdzają, że wyczerpałem wszelkie możliwości reklamacyjne w OLT Expressie. Ciekawy jestem, jaka będzie odpowiedź banku. Każda zainteresowana osoba wie, że polskie banki boją się tej procedury jak ognia - pewnie z własnego lenistwa, bo wymaga to dużej ilości papierkowej roboty i komunikowania się bezpośrednio z firmą wydającą kartę. Podczas kontaktu z infolinią Getin Online próbowano mnie już wprowadzić w błąd informując, że procedura chargeback jest dostępna jedynie dla posiadaczy kart kredytowych, a nie debetowych. Jest to kłamstwo, bo procedura ta jest dostępna dla wszystkich typów kart płatniczych. Nawet konkurencyjny bank BZWBK potwierdza to na swojej stronie FAQ. No cóż, już wielokrotnie spotkałem się z brakiem jakichkolwiek kompetencji osób, które są zatrudnione na infoliniach w polskich bankach. Dodam tylko, że konsultant z którym rozmawiałem, po moim pytaniu poszedł gdzieś "wyjaśnić to", co zajęło mu prawie 20 minut... Za rozmowę telefoniczną nikt mi kasy nie zwróci.

No cóż, list wysłany, zobaczymy...

Czytaj dalej...

sobota, 25 czerwca 2011

o 18:15 , Autor: Rafał 1 komentarze

Człowiek ma w życiu takie chwile, w których pragnie uczestniczyć bezinteresownie w rzeczach "dużych", chcąc pozostawić coś po sobie na lata. Podobnie było ze mną. Oczywiście nie brałem udziału w żadnym powstaniu, wojnie, ani nie byłem członkiem żadnej misji humanitarnej. Tym razem mam na myśli projekt Wikipedia, w który zaangażowany byłem nie tylko od strony tworzenia tekstów, ale również od strony publikowania fotografii. I właśnie o fotografiach będzie ten wpis.

Największego "fioła" na punkcie publikowania swoich fotografii w zasobach Wikipedii miałem w latach 2005-2008. Dysponując moją pierwszą (i jak do tej pory jedyną) cyfrówką Canon PowerShot A70 utrwalałem na zdjęciach obiekty historyczne, naturę oraz miejsca wyjątkowe. Samą fotografią nigdy się nie interesowałem - nigdy mi nie zależało na posiadaniu super-drogiego aparatu, średnio mnie interesowała obróbka graficzna moich zdjęć. Interesował mnie jedynie sam fakt utrwalania pewnych rzeczy i uwieczniania ich w zasobach internetowej encyklopedii. Zdjęcia mojego autorstwa można obejrzeć obecnie w trzech galeriach:

Galeria 1 (do roku 2007)
Galeria 2 (od roku 2008)
Galeria Twierdzy Przemyśl

Szczególnie miło wspominam powstawanie trzeciej galerii, którą stworzyłem jeszcze w czasach liceum. Zdjęcia zostały stworzone podczas czterech rajdów rowerowych po fortach Twierdzy Przemyśl, który zorganizowałem wraz z kolegą z klasy - Tomkiem. Galeria ta stanowi obecnie (chyba) najbardziej obszerny zbiór współczesnych fotografii fortów Twierdzy Przemyskiej jaki jest dostępny w internecie. Niestety zdjęcia urodą nie grzeszą, gdyż opublikowane zostały bez żadnych wcześniejszych poprawek graficznych.

Wikipedia ma to do siebie, że zamieszczane na niej materiały można publikować jedynie na tzw. "wolnych licencjach". Z grubsza można je podzielić na dwie kategorie: pierwsza licencja polega na całkowitym zrzeknięciu się praw autorskich do pracy, a druga zezwala na dowolne wykorzystanie publikowanych prac pod warunkiem podpisania zdjęcia imieniem i/lub pseudonimem autora. Swoje zdjęcia publikowałem zawsze na tym "drugim" typie licencji żądając podpisywania zdjęć moim pseudonimem, czyli Goku122.

Po latach z zaskoczeniem odkryłem, że niektóre z moich prac zaczęły pojawiać się poza Wikipedią, nieraz w bardzo popularnych serwisach. Niestety - w większości przypadków redaktorzy serwisów internetowych traktują Wikipedię jako "zbiór fajnych obrazków" i mają w "głębokim poważaniu" licencje publikowanych tam fotografii. Najczęściej pozostaje mi tylko załamać ręce i dać sobie spokój, aby uniknąć niepotrzebnej walki z wiatrakami.

"Życie" moich zdjęć badałem przy wykorzystaniu rewers-wyszukiwarki TinEye.com. Pozwala ona na wyszukiwanie w internecie kopii podanych grafik. Wprawdzie ilość znajdujących się w niej zindeksowanych grafik jest jedynie kroplą w morzu internetu, lecz jest to prawdopodobnie jedyne dostępne tego typu narzędzie.


Chyba najpopularniejszym moim zdjęciem, które "wyciekło" poza Wikipedię jest fotografia "Trzech Krzyży", która została wykonana przeze mnie w 2005 roku podczas wycieczki na Łysą Górę. Pomijając fakt, że zdjęcie jest wykorzystywane w blisko 31 wersjach językowych Wikipedii, to w dodatku było często wykorzystywane w artykułach dotyczących Zbrodni Katyńskiej, zwłaszcza w mediach rosyjskojęzycznych (oczywiście bez żadnych informacji o autorze zdjęcia):
Newsland.ru
Time.mk
Gazeta.ru
Imperiya.by
A nawet zdjęcie to pojawiło się w mediach anglojęzycznych po Katastrofie Smoleńskiej:
RT.com




Zdjęcie rekonstrukcji krematorium w byłym nazistowskim obozie Majdanek wykonałem podczas... wycieczki szkolnej w gimnazjum. Zdjęcie pojawiło się w artykule telewizji SkyNews.




Moje zdjęcie stoku narciarskiego w Przemyślu pojawiło się w portalu Wiadomosci24.pl jako ilustracja do artykułu o przypadkach śmiertelnych na polskich stokach. Co ciekawe, artykuł nawet słowem nie wspominał o przemyskim stoku...




O Pomniku Ofiar UPA zrobiło się głośno po demontażu znajdującej się na nim rzeźby. Jedna z podkarpackich gazet - Nowiny - poszukując w trybie pilnym zdjęcia pomnika sprzed demontażu ów rzeźby, wykorzystała moje zdjęcie i opublikowała je (bez żadnego podpisu) zarówno w internecie, jak i w wersji papierowej gazety. Po kontakcie z redaktorem naczelnym poprawiony został podpis w wydaniu internetowym gazety, a w wersji papierowej zamieszczone zostały oficjalne przeprosiny (zabawnie wyszło, bo przeprosiny wydrukowane zostały zaraz obok nekrologów).




Poza gazetami i portalami internetowymi - moje zdjęcia wielokrotnie pojawiały się na prywatnych blogach oraz na prywatnych stronach internetowych. Jako pozytywny przykład (prawidłowy podpis do zdjęcia) podać mogę niedawną publikację mojego zdjęcia na portalu historycznym HistMag.





Co ciekawe, moje prace wychodzą nawet "poza internet". Wykonana przeze mnie wektorowa grafika przedstawiająca mapę Twierdzy Przemyśl została wydrukowana i zawieszona w prywatnym muzeum Fortu XII Werner. Jeszcze nie miałem okazji odwiedzić tego muzeum (podczas tworzenia galerii Twierdzy Przemyśl fort ten znajdował się jeszcze na ogrodzonym terenie wojskowym i nie można było do niego wchodzić), lecz jeśli będę miał kiedyś okazję, to chętnie pogadam z właścicielem muzeum o licencjach.
Zdjęcie zawieszonej mapki zostało wykonane przez bojownika Netis podczas jego wycieczki do Przemyśla w lipcu 2010.

Podsumowując - nie mam do nikogo żalu za wykorzystywanie prac i nawet cieszę się, że nie są to zdjęcia robione do szuflady, że obejrzeć je może większa liczba internautów. Zwłaszcza, że publikuję je za darmo z własnej woli. Tylko czy naprawdę jest aż tak trudno dopisać obok pseudonim autora?

Czytaj dalej...

sobota, 22 stycznia 2011

o 10:43 , Autor: Rafał 0 komentarze

Zdalnie sterowany samochodzik zbudowany przy użyciu mikroprocesora Atmega8L, modułu bluetooth BTM-222 i klocków lego. Zapraszam do obejrzenia filmiku z prezentacją:




Czytaj dalej...

wtorek, 28 grudnia 2010

o 21:53 , Autor: Rafał 0 komentarze

Opinia publiczna jest od pewnego czasu poruszona pewnym nagraniem, które odnalezione zostało w czeluściach serwisu YouTube. Film ten przedstawia małe dziecko, które w brutalny sposób znęca się nad kotem. Sprawą zainteresowała się nie tylko policja, ale również polscy internauci zgromadzeni m.in. na serwisie Wykop.pl

Wykopowicze mają już spore doświadczenie związane z wyszukiwaniem internetowych przestępców. Warto wspomnieć tutaj sprawę sprzed roku, kiedy to inny młodociany sadysta znęcał się nad swoim kotem. Wskazówki internautów koniec końców doprowadziły do aresztowania chłopaka i skazania go za znęcanie się nad zwierzętami. Kot, który był obiektem ponurych zabaw, został zabrany do lokalnego schroniska.

I tym razem internauci rozpoczęli zakrojone na szeroką skalę poszukiwania osoby, która na serwisie YouTube kryła się pod pseudonimem Sharki175. W tym miejscu ujawnia się jednak głupota niektórych pseudo-detektywów (a nieszczęścia chodzą parami). Jeden z poszukiwaczy najwidoczniej przeszukiwał zasoby internetowe pod kątem nazwy "Sharki". Nie zwrócił jednak uwagi, że jest to dosyć popularny pseudonim i wiele osób z niego korzysta. Ostatecznie ktoś nadgorliwy opublikował dane 15-letniego Pawła Mariusza S. z miejscowości Leśna, znanego wśród swoich znajomych pod ksywą "Sharki", a który na YouTube korzysta z konta o nazwie "Sharki1200" (175 i 1200 - widać różnicę?).

Mało kto pomyślał, aby sprawdzić, czy rzeczywiście ów Paweł jest autorem feralnego filmiku. Na konta w serwisach społecznościowych 15-latka zaczęły napływać wszelkiego rodzaju bluzgi, obelgi, groźby i inne ataki osobiste.





Wystarczy jedynie spędzić chwilę czasu na obejrzenie profilu "podejrzanego", aby nabrać słusznych podejrzeń co do zasadności ataku tej konkretnej osoby. Sam poszkodowany opublikował następujące oświadczenie:


(no dobra, screen WordPada wygląda zabawnie - zakładam, że autor działał pod wpływem emocji)

Obecnie polska policja nawiązuje kontakt z administracją serwisu YouTube w celu dokładnego namierzenia autora filmu. Od tego służby dzieli już tylko jeden mały krok w stronę aresztowania rodziców młodocianego sadysty. I mam nadzieję, że kara dla nich będzie bardzo surowa - bo nie jest tutaj winny niczego nieświadomy malec, tylko rodzice, którzy nie potrafią wychować dzieciaka i zachęcają go do sadystycznych zachowań.

A internautom życzę przede wszystkim zdrowego rozsądku.

UPDATE (29.12.2010, 22:00) - policja odnalazła autora filmu. Jest nim rzeczywiście 15-latek, ale pochodzący z Krakowa. Wyszło na to, że równie fałszywe okazały się inne donosy internetowych pseudo-detektywów, które wskazywały na pewnego 19-latka, 21-latka, a nawet 30-letniego nauczyciela (jeden z internautów chwalił się, że nawiązał kontakt z jego uczniami i ostrzegł ich przed sadystycznymi upodobaniami wychowawcy):


Jak to powinna skomentować dzisiejsza młodzież? "Rzal i bul"?

Czytaj dalej...

sobota, 30 października 2010

o 19:21 , Autor: Rafał 0 komentarze

Fiu fiu - brak aktualizacji bloga przez ponad trzy miesiące to trochę przesada, ale po prostu nie miałem żadnego pomysłu na ciekawy wpis (a przynajmniej na poziomie porównywalnym do ostatniego). Wrodzone lenistwo również zrobiło swoje.

Kolejny rok akademicki i kolejne zabawki wpadają w ręce studenta Informatyki na AGH. Zakres kontynuowanych laboratoriów z Technologii Obiektowych obejmuje wprowadzenie do Windows Presentation Foundation, czyli jednej z najnowszych technologii Microsoftu służącej do programowania zarządzanego kodu dla systemów Windows. Początkowo WPF może wydawać się bardzo zagmatwany i mało intuicyjny, ale po dłuższej zabawie każdy programista powinien przekonać się, że ma do czynienia z bardzo rozbudowanym i prostym w obsłudze narzędziem. Tworzenie aplikacji zaczyna przypominać trochę zabawę klockami LEGO. Problem w tym, że tych klocków jest w cholerę i pełne poznanie wszystkich możliwości WPF wymaga wielu lat praktyki. Brzmi zachęcająco, prawda? ;)

Obecny semestr to również obowiązkowy projekt z techniki mikroprocesorowej. Studenci dobierają się w co najmniej dwuosobowe zespoły i sami wybierają temat projektu, który musi zostać zaakceptowany przez doktora prowadzącego laboratorium. Tradycyjnie tworzę zespół z Mupetem, a na tematykę naszego projektu wybraliśmy konstrukcję samochodziku zdalnie sterowanego przez Bluetooth. Całość chcemy oprzeć na mikrokontrolerze Atmega8 i układzie bluetooth BTM-222. Powiem szczerze, że obecnie jest to dla mnie czarna magia, ale właśnie po to są takie przedmioty, aby czegoś się nauczyć. Informacje na temat postępów w budowie naszego samochodu będziemy oczywiście publikować m.in. na blogach.

A co nowego na kierunku? To już staje się faktem - Informatyka AGH zaczyna otwierać się na ludzi. W dzisiejszych czasach sama elitarność kierunku nie wystarczy, aby zachęcić licealistów do rekrutacji. Zostaną więc uruchomione różnego rodzaju marketingowe działania, mające na celu promocję kierunku. Na chwilę obecną mogę jedynie zdradzić, że niedługo powinna powstać strona internetowa tworzona przez aktualnych studentów Informatyki AGH, na której kierunek zostanie przedstawiony "od środka". I nie będzie to jedynie galeria nieogolonych facetów we flanelowych koszulach ;)

Czytaj dalej...

niedziela, 25 lipca 2010

o 19:30 , Autor: Rafał 0 komentarze

Po zakończeniu pierwszej części sesji egzaminacyjnej, mogłem nareszcie wyruszyć w planowaną od dłuższego czasu podróż rowerową. Trasa prowadziła z Przemyśla do Białegostoku wschodnimi terenami Polski. Pojechaliśmy w dwie osoby - ja oraz Mupet. Maciek opisał wyprawę na swoim blogu, ja jednak jego opis uzupełnię jeszcze o własne przemyślenia.

Samo rozpoczęcie wyprawy opóźniło nam się o jeden dzień. Wstępny dzień startu - 7 lipca 2010 - okazał się niemożliwy ze względu na ulewę przechodzącą przez Przemyśl. Postanowiliśmy odczekać jeden dzień, a czas wolny wykorzystałem na pokazanie Mupetowi mojego rodzinnego miasta (choć pogoda zniechęcała do zwiedzania).



Ruszyliśmy w czwartek. Pierwszy dzień można nazwać rajdem przez Podkarpacie - zrobiliśmy około 154 kilometry i wczesnym wieczorem dojechaliśmy do Zamościa, gdzie mieliśmy umówiony nocleg u rodziny koleżanki. Pokonalibyśmy jednak tą trasę zdecydowanie szybciej, gdyby nie niemiły wypadek, który miał miejsce za miejscowością Adamów - banda gówniarzy uznała, że fajnie jest "postraszyć rowerzystów". Koniec końców Mupet skończył z uszkodzonym bagażnikiem i pozostałe 18 kilometrów musiał przejechać z torbą na plecach.

Drugi dzień zaczął się od poszukiwania dobrego zakładu blacharskiego, regulacji rowerów i zwiedzania centrum Zamościa.



Po południu ruszyliśmy w dalszą trasę. Przejechaliśmy m.in. przez Stary Majdan i Wojsławice - miejscowości, w których rozgrywa się akcja książek Andrzeja Pilipiuka opowiadających o Jakubie Wędrowyczu. Pod wieczór dojechaliśmy do Chełma, gdzie rozpoczęliśmy poszukiwania noclegu. Wobec braku pól namiotowych, zaczęliśmy szukać schroniska młodzieżowego. Okazało się jednak, że w schronisku nie ma dla nas miejsc i odesłano nas do pokojów gościnnych lokalnego MOSiRu. 63 złote za dwuosobowy pokój z łazienką i telewizorem to wprawdzie niedużo, ale zdecydowanie kolidowało to nam z "niskobudżetową myślą przewodnią" naszej wycieczki.



Trzeci dzień to dalszy atak na północ. We Włodawie zjedliśmy w jakimś lokalnym barze-melinie paskudne placki ziemniaczane (zawsze powtarzam - chcąc zjeść obiad w jakimś podejrzanym lokalu, zawsze kupuj placki ziemniaczane - jeśli coś w nich żyło, to rozgrzany olej na pewno to zabił) i ruszyliśmy w dalszą trasę. Zatrzymaliśmy się dopiero w miejscowości Dołhobrody, gdzie w lokalnej szkole podstawowej zorganizowane zostało sezonowe schronisko młodzieżowe. Mieliśmy przyjemność "otworzyć sezon" - byliśmy pierwszymi gośćmi schroniska w tym roku. Koszt noclegu dla studenta to jedynie 8 złotych, w zamian mieliśmy do dyspozycji całą szkołę. Kąpiel w umywalce, rozłożenie śpiwora na łóżku polowym i lulu.



Czwartego dnia postanowiliśmy lekko zmniejszyć tempo - przydatny był lekki odpoczynek oraz starałem się rozplanować jazdę w taki sposób, aby w kolejnych dniach trafiać w takie regiony, w których nie byłoby problemu ze znalezieniem noclegu. Po drodze odwiedziliśmy Monaster Świętego Onufrego w Jabłecznej, jeden z pięciu prawosławnych monasterów męskich w Polsce. Mały klasztor robił jednak wielkie wrażenie swoimi złoconymi ozdobami oraz zadbanym przyklasztornym ogrodem. Na terenie klasztoru znajdowała się również studnia ze "świętą wodą" - w smaku bardzo mocno zajeżdżała żelazem, ale przynajmniej była bardzo zimna. Napełniliśmy bidony i ruszyliśmy dalej.





Dojechaliśmy do Terespola, gdzie nocowaliśmy w schronisku młodzieżowym zorganizowanym w lokalnej szkole. Koszt - znów tylko 8 złotych. Co ciekawe, otrzymaliśmy do własnej dyspozycji klucze do całego budynku. Pozostawiliśmy więc nasze rzeczy w szkole i wieczorem udaliśmy się do okolicznej pizzerii, gdzie obejrzeliśmy finał Hiszpania-Holandia (niestety tylko do 90 minuty, bo musieliśmy się wcześniej położyć spać - Iniesta mógł się trochę pośpieszyć!).



Piąty dzień miał być ciekawym atakiem na województwo Podlaskie, zapoczątkowanym przeprawą przez Bug. Dojechaliśmy do miejscowości Gnojno, gdzie kursuje prom na Bugu do Niemirowa. Prom stał przy drugim brzegu, a do drzewa jego właściciel przybił tabliczkę z numerem telefonu. Był jednak jeden problem - całkowity brak zasięgu. Musieliśmy się cofnąć w kierunku wioski, dopiero tam byłem w stanie dodzwonić się pod podany numer. Niestety takiej odpowiedzi się nie spodziewałem - promy na Bugu były nieczynne ze względu na wysoki stan rzeki. Musieliśmy przejechać prawie 30 kilometrów do najbliższego mostu w Kózkach.



Po drodze zjedliśmy pyszny obiad w jednym z gospodarstw agroturystycznych. Kosztował 15 złotych, ale ilość i jakość jedzenia warta była swojej ceny. Było to gospodarstwo agroturystyczne "U Małgosi" w Mierzwicach. Po pewnym czasie dojechaliśmy do mostu, przejechaliśmy Bug i ruszyliśmy z powrotem na wschód. Przed Mielnikiem zatrzymaliśmy się na polu namiotowym, gdzie przenocowaliśmy w namiocie. Już w nocy pogoda zaczęła się psuć...



Plany na szósty dzień również były ambitne - planowaliśmy dojechać do Białowieży i przenocować tam na polu namiotowym. Pogoda jednak pokrzyżowała nam te plany - zostaliśmy zaskoczeni przez potężną burzę połączoną z ulewą i gradobiciem (to ta sama nawałnica, która zalała Białystok). Przez dwa kilometry przedzieraliśmy się przez ścianę wody, chcąc dojechać do schroniska w Dubiczach Cerkiewnych. Po raz pierwszy to my wyprzedzaliśmy samochody - kierowcy byli zmuszeni do zatrzymywania się na poboczu ze względu na zerową widoczność. Przemoczeni i obici przez grad dojechaliśmy do schroniska - tam umyliśmy się i zaczęliśmy osuszać nasze rzeczy (niestety wodoodporne sakwy nie były projektowane pod ulewy przypominające ścianę wody). Jedynym gorącym posiłkiem tego dnia były dla nas upolowane przez Mupeta w lokalnym sklepie "gorące kubki" oraz wyprodukowane przez nas "zapiekanki" z chleba, pasztetu i serków Hohland (schronisko było zaopatrzone w mikrofalówkę).



Wygląda pysznie, prawda? Wieczorem do schroniska dojechała ośmioosobowa grupa młodych kolarzy z częstochowskiego Klubu Turystyki Rowerowej, którzy również jechali trasą Przemyśl-Białystok. Wysportowane chłopaki, mieli jednak całkiem inną taktykę jazdy. My wysypaliśmy się do 8:00, oni zrywali się już o 5:00. Robili dziennie około 130 kilometrów trasy (my pierwszego dnia zaszaleliśmy i zrobiliśmy 154 kilometry na trasie Przemyśl-Zamość, a potem spokojniej po około 80-100 kilometrów dziennie). W Dubiczach Cerkiewnych pozostał po nas wpis w księdze gości nabazgrany moim paskudnym pismem.



Kolejnego, siódmego dnia pogoda się uspokoiła i ruszyliśmy do Białowieży przez Hajnówkę. Przed Białowieżą odwiedziliśmy Rezerwat Pokazowy Żubrów, gdzie nareszcie miałem okazję zobaczyć na własne oczy prawdziwego żubra. W samej Białowieży zjedliśmy obiad i ruszyliśmy przez puszczę do Narewki, gdzie miało znajdować się kolejne schronisko. Okazało się jednak, że schronisko, a raczej "zielona szkoła" już od dawien dawna nie funkcjonuje, pozostała po nim jedynie rozpadająca się buda i zardzewiały symbol schroniska. Ponieważ pogoda nie zachęcała do rozbijania namiotu (w każdej chwili mogła znów zaatakować nas ściana deszczu) zaczęliśmy szukać najtańszego noclegu w okolicy - nasz wybór padł na pokoje gościnne "Darz Bór" w Gruszkach pod Narewką.



Ósmy dzień to rajd na Białystok, gdzie mieliśmy umówiony nocleg u naszego kolegi ze studiów. Dojechaliśmy tam już wczesnym popołudniem, a licznik rowerowy zatrzymał się na 690 kilometrze. Przez kolejne kilka dni odpoczywaliśmy w domku letniskowym kolegi, znajdującym się w miejscowości Danowskie pod Augustowem. Tam już dojechaliśmy samochodem.



Ponieważ czas nas gonił (a raczej gonił Mupeta), na południe wracaliśmy pociągiem bezpośrednim relacji Białystok-Zakopane. Pociąg miał zaskakująco mało pasażerów - od początku do końca mieliśmy cały przedział dla siebie (ba, nawet sąsiadujące z nami przedziały były puste). Wysiedliśmy na krakowskim dworcu głównym, skąd Mupet pojechał do swojej Wieliczki, a ja ruszyłem w dalszą kolejową trasę do Przemyśla. Niestety komfort jazdy już był dużo gorszy - interregio był tak zapchany, że w przedziale dla rowerów zabrakło miejsc STOJĄCYCH. Jakoś wepchałem się ze swoim rowerem i dobre cztery godziny spędziłem siedząc na walizce.

Moje przemyślenia po wyprawie? Na pewno jest jedno - dałem radę, choć parę osób nie wierzyło, że jestem w stanie przejechać tyle kilometrów (i co teraz, cwaniaki?! ;-]). Mało tego - nawet nie czułem dużego zmęczenia. Jedyny problem fizyczny, który doskwierał to oparzenia - są jednak środki, które pozwalają temu zapobiec. Gdyby nie ograniczenie czasowe Mupeta, to mógłbym całkiem spokojnie ruszyć dalej i nawet przejechać całe Inflanty, co od dawna mam w planach.

Jedną rzecz muszę zaznaczyć - owady. Wszyscy żalą się na komary, a ja mogę powiedzieć, że komary to pikuś. Największym problemem były dla nas tzw. końskie muchy, które nieraz całymi stadami goniły nas po polach i nie pozwalały na postój (atak kilkudziesięciu sztuk naprawdę nie jest przyjemny). Obliczyliśmy jednak, że muchy te zaczynają za nami nie nadążać przy prędkości 23 km/h - problem jednak, że cwaniaki nieraz siadały na naszych sakwach i jechały z nami czekając na odpowiednią okazję do ataku.

Czy jeszcze raz bym pojechał na taką, a nawet dłuższą wyprawę rowerową? Oczywiście! Już mam nawet nowe pomysły (bój się Mupet, bój...)!


Czytaj dalej...

niedziela, 30 maja 2010

o 23:04 , Autor: Rafał 0 komentarze

Niebezpiecznik.pl informował niedawno o kolejnych dziurach w popularnym serwisie społecznościowym Facebook. Poruszony tam został również temat tzw. złośliwych aplikacji, które w irytujący sposób oszukują użytkowników i rozsyłają się w błyskawicznym tempie (np. przy pomocy opcji "lubię to"). Dziś rozpoczęła się jednak nowa fala facebookowego spamu, który, co ciekawe, nie jest oparty na wewnętrznej aplikacji lecz na prostym skrypcie umieszczonym na zewnętrznej stronie internetowej.

"Dziura" znajduje się w facebookowym skrypcie like.php. Przy pomocy prostej ramki pływającej odwołującej się pod adres:

http://www.facebook.com/plugins/like.php?href=http://JAKASTRONAINTERNETOWA.COM

oraz przez zastosowanie javascriptowej biblioteki jQuery możliwe jest uruchomienie opcji "Lubię to" dla dowolnej strony internetowej. jQuery wykorzystywane jest do "zakrycia" podstawowego guzika ładowanego przez like.php jakimś zachęcającym obrazkiem (zazwyczaj zawierającym napis w stylu "KLIKNIJ TUTAJ, BY ZOBACZYĆ WIĘCEJ"). Opcja ta oczywiście zadziała jedynie wtedy, gdy jesteśmy obecnie zalogowani do facebooka (a któż nie korzysta z opcji "nie wylogowuj mnie"?).

Jak to działa? Nasi znajomi widzą nową rzecz, którą lubimy, wchodzą tam, klikają, skrypt działa, ich znajomi to widzą itd... Łańcuszek gotowy.

Przykładowe nazwy rozsyłanych podejrzanych linków to: "The Man with the biggest dick on Earth", "This man took a picture of his face every day for 8 years!!", "366 Days in 40 Seconds - Pretty Amazing!", "In 2006 MindFreak Walked on Water - See Exactly How He Did This Trick! AMAZING!".

Jak się przed tym zabezpieczyć? Prosta zasada: jeśli przechodzicie z facebooka na jakąś stronę internetową, która zachęca was do kliknięcia, to... nie klikajcie ;)

PS. Zauważyłem sporą liczbę wejść na bloga bezpośrednio z googla, gdzie internauci szukają sposobu na usunięcie swojego uwielbienia do gościa z wielkim ptakiem :)
Jak usunąć wszelkie ślady? W bardzo prosty sposób:
1. Wejdź na swój profil (w górnym lewym rogu twoje imię i nazwisko)
2. W zakładce "Tablica" najedź kursorem na odpowiednią pozycję i wybierz znaczek "x" odpowiedzialny za skasowanie wpisu na Tablicy.
3. Przejdź do zakładki "Informacje" i obok "Sympatie i zainteresowania" wybierz "edytuj" - w nowym oknie skasuj odpowiednią pozycję.

Czytaj dalej...

czwartek, 22 kwietnia 2010

o 20:09 , Autor: Rafał 0 komentarze

Ten post pierwotnie powinien dotyczyć szczegółowej relacji z konwentu Magnificon 8 i zabawy Pillow Fight z 10 kwietnia 2010. Wiadomo jednak, że tego dnia miała miejsce jedna z najtragiczniejszych katastrof lotniczych w historii Polski. Nie mam jednak zamiaru poruszać tematu katastrofy i pogrzebu Prezydenta, ponieważ inni napisali o tym już wystarczająco dużo. Wolałem ciszę.

Pillow Fight, czyli spontanicznie organizowana krakowska walka na poduszki, została równie spontanicznie odwołana. Zastąpił ją żałobny przemarsz studentów pod Krzyż Katyński.

Magnificon jednak się odbył, choć w mocno okrojonej formie. Nie chciałbym być w skórze organizatorów - z jednej strony nagła żałoba narodowa, a z drugiej mnóstwo ludzi, którzy przyjechali nawet z drugiego końca Polski. Ostatecznie zadecydowano o rezygnacji z najgłośniejszych atrakcji (m.in. nocna dyskoteka, koncerty, Whose Line) i uczczeniu ofiar katastrofy minutą ciszy. Sytuację na konwencie dobrze oddaje komentarz Yanka pochodzący z ACP:

Konwent został otoczony pewną bańką przez którą nie docierały do uczestników sygnały z jakimi Wy mieliście doczynienia w TVN 24 czy TVPinfo. Nieliczne jednostki z dostępem do internetu, czy dzięki telefonicznym aktualizacjom od rodziców przekazywały strzępki informacji, które składały się w taką a nie inną całość. Do konwentowiczów nie trafiło orędzie, nie trafiło przemówienie Premiera i przedewszytkim nie widzieli oni listy ofiar czy czarno-białych zdjęć. Dla większości osób na konwencie - przynajmniej tych, których świadomość narodowa i dojrzałość pozwalała ogarnąć zaistniałą sytuacje - zginął symbol - Prezydent. Nie człowiek - Lech Kaczyński, nie jego współpasażerowie - lecz SYMBOL - pewnego rodzaju abstrakcyjna idea jaką kojarzyli z jego funkcją.

W chwili podania informacji o katastrofie na konwencie przebywało 2000 osób. Połowa z nich to nieletni - pozbawieni opieki czy środków na awaryjny powrót do domu. Pierwotna decyzja organizatorów jak i późniejsza dyrektora szkoły o nie odwoływaniu wydarzenia, nie pozostawianiu takiej ilości osób bez żadnej opieki jest zrozumiała. Ok. godziny 11 radiowęzeł przekazywał pierwsze komunikaty o zmianie charakteru konwentu, o konieczności zachowania powagi i uszanowania zaistniałej sytuacji. W chwilę potem spontanicznie powstały i zostały rozwieszone plakaty upraszające o stosowne zachowanie.

Rzeczywiście nie wszyscy konwentowicze potrafili zachować się godnie - nie szanując choćby ogłoszonej minuty ciszy. Lecz miejmy świadomość, że mamy doczynienia z dziećmi - z osobami które nie rozumiały charakteru tragedii.

Dopiero po przybyciu na teren szkoły Dyrektora i po jego oświadczeniu wygłoszonemu do wszystkich uczestników sytuacja uległa radykalnej zmianie. Dyrektor nazwał uczucie, skierował myśli wszystkich ku zadumie i refleksji i swoim autorytetem uświadomił wszystkim, iż miała miejsce prawdziwa katastrofa dotykająca swym ogromem całego Narodu. Jego wystąpienie zastąpiło osobom na konwencie to z czym Wy mieliście doczynienia w domach czy przed radioodbiornikami. Bańka otaczająca konwent częściowo pękła. Wiele osób uświadomi sobie ogrom tragedii dopiero gdy wróci do domów i ujrzy w telewizji twarze, które znali z codziennych wiadomości. Wtedy bańka otaczająca gości krakowskiego Magnificonu pęknie w pełni.

Wszędzie - nie tylko na konwencie - zdarzyły się osoby, które nie zrozumiały i nie zrozumieją tego co się stało - nic na to nie poradzimy i nie możemy z tego powodu oskarżać całości jaką jest konwent o brak szacunku czy niestosowne zachowanie. Uważam, że po nazwaniu tragedii po imieniu, wiele osób zachowało się dużo dojrzalej i dzielniej niż wskazywał by na to ich wiek.

Możecie mieć różne zdanie na temat reakcji organizatorów konwentu, dyrekcji czy uczestników. Natomiast apeluje o nie przeradzania najbliższych dni w bezsensowne spory i flejmy na temat Magnificonu. Swoją niechęć do ich decyzji będziecie mogli pokazać przy okazji następnego konwentu organizowanego przez Miohi - nie jadąc na niego.

Obecny czas powinniśmy poświęcić na zadumę i przemyślenie tragedii jaka dotkneła Nas wszystkich. Apeluje o nie kontynuowanie tematów podniesionych przez moich przedmówców - będzie na to czas gdy już umilkną żałobne dzwony.

Myślę, że nie mam nic więcej do dodania. Ja większą część czasu spędziłem na warsztatach ju-jitsu i projekcji anime. Obejrzałem oczywiście pokaz cosplayu, jednak połowa uczestników (z ponad setki) zrezygnowała w związku z zaistniałą sytuacją.

Podsumowanie Magnificonu? Tego się nie podejmę.

Pogrzeb Lecha Kaczyńskiego na Wawelu i protesty związane z nim? Mogę tylko powiedzieć, że w pełni popieram wpis na blogu Mupeta.

Czytaj dalej...

sobota, 3 kwietnia 2010

o 12:25 , Autor: Rafał 0 komentarze

Na samym początku pragnę złożyć wszystkim odwiedzającym mojego bloga najserdeczniejsze życzenia zdrowych, radosnych i spokojnych Świąt Wielkiej Nocy, smacznego jajka, mokrego dyngusa, a także odpoczynku w rodzinnym gronie.

A teraz przechodzimy do właściwego wpisu, który będzie stanowił początek nowej serii wpisów na moim blogu pt. "Goku122 poleca". Seria ta będzie przedstawiała najciekawsze przeczytane przeze mnie książki o tematyce informatycznej (i nie tylko).


Dziś chciałbym wszystkim przedstawić książkę autorstwa Edwarda Yourdona pt. "Marsz ku klęsce - poradnik dla projektanta systemów". Książka ta skierowana jest do osób pracujących w branży projektowania systemów informatycznych, jak również stanowi ona dobry wstęp do "branżowej rzeczywistości" dla przyszłych pracowników.

"Marsz ku klęsce" traktuje o projektach, które zmierzają ku klęsce z różnych powodów: mały budżet, brak wykwalifikowanych pracowników, nierealne limity czasowe itd. Już na samym początku czytelnik zostaje poinformowany, że takie projekty stanowią zdecydowaną większość w branży informatycznej.

Autor, kierując się własnym wieloletnim doświadczeniem, po kolei wyjaśnia jak radzić sobie z problemami, które pojawiają się przy takich projektach. Porady są jak najbardziej realne i nie opierają się na regułach "idealnego świata": od razu zakładamy, że nasz szef jest idiotą, pracujemy z leniami, a rada nadzorcza nie da nam nawet kilku dolarów na pizzę dla pracowników, którzy pracują w nadgodzinach.

Właściwy podział pracy, kalkulacja wymaganego budżetu, dobieranie ludzi do zespołu - to wszystko znajdziemy w tej książce. Książka napisana jest zabawnym, nieakademickim językiem, dzięki czemu nie nudzi podczas czytania i wciąga do samego końca.

Jest to również pierwsza przeczytana przeze mnie książka, w której mit "informatyka nie wymagającego snu" został obalony. Wyraźnie zaznaczone zostało, że odpoczynek dla programisty jest bardzo ważny, a kumulujące się zmęczenie wpływa negatywnie na rozwój projektu informatycznego. Cytując "Marsz ku klęsce" - jeśli nowy kierownik waszego zespołu już na pierwszym spotkaniu stwierdza, że "prawdziwy Informatyk nie potrzebuje snu" to... od razu szukajcie nowej pracy, bo z tym człowiekiem żadna współpraca się nie uda!

Podsumowując - jest to obowiązkowa lektura nie tylko dla studenta informatyki, ale również dla obecnych projektantów systemów i menedżerów. Polecam!

Czytaj dalej...

poniedziałek, 15 marca 2010

o 23:55 , Autor: Rafał 4 komentarze

W jednym z moich ubiegłorocznych wpisów wspomniałem o niezwykłej popularności Miku Hatsune - personifikacji oprogramowania stworzonej przez firmę Yamaha na potrzeby marketingowe syntezatora śpiewu Vocaloid. Japoński marketing poszedł jednak krok dalej...

W zeszłym tygodniu zorganizowano w Japonii koncert, na którym zagrano najpopularniejsze utwory stworzone przez serię syntezatorów Vocaloid. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie... obecność popularnych "tanów"! A konkretniej mówiąc - ich hologramów. Oto kilka znalezionych w internecie zdjęć z koncertu:





Jeszcze 12 lat temu zachwycałem się SynTalkiem - syntezatorem mowy autorstwa polskiej firmy Neurosoft. W latach 2004-2005 pojawiła się IVONA, polski syntezator mowy nowej generacji, który zachwycał płynnością i naturalnością mowy (SynTalk przy IVONIE brzmi jak rozstrojone radio przy profesorze Bralczyku). Japońscy inżynierzy z firmy Yamaha poszli jednak o kilka(dziesiąt) kroków do przodu. Nie dość, że nauczyli syntezator mowy śpiewać, to jeszcze obłożyli go dodatkowym oprogramowaniem do tworzenia muzyki i animacji.

Dziś dochodzimy powoli do sytuacji, kiedy do stworzenia piosenki nie będzie już potrzebny profesjonalny piosenkarz i kompozytor, a na listy przebojów zaczną trafiać hity stworzone w zaciszu domowym przy pomocy oprogramowania zaopatrzonego w proste i intuicyjne GUI. To samo oprogramowanie będzie mogło posłużyć do stworzenia profesjonalnego teledysku, a przy nieco większym nakładzie pracy będzie można organizować trasy koncertowe przy wykorzystaniu jedynie kilku projektorów i nagłośnienia.

Czy właśnie tak będzie wyglądała muzyka przyszłości? Mam nadzieję, że nie... Choć osobiście wolę piosenkę od Vocaloida niż wytwór "piosenkarza", który nie jest w stanie zaśpiewać na koncercie własnej piosenki bez playbacku (patrz: Mandaryna i wielu innych polskich "piosenkarzy", którzy playbackiem obrażają swoich własnych fanów).

Na koniec dwie piosenki wygenerowane przez program Vocaloid + hymn Izraela ;)






------------------------
PS. Przypomniał mi się taki stary obrazek dotyczący polskiego hip-hopu :)


Czytaj dalej...

niedziela, 14 marca 2010

o 23:40 , Autor: Rafał 0 komentarze

Po moim ostatnim wpisie opisującym trzeci dzień Studenckiego Festiwalu Informatycznego w Krakowie, skontaktowała się ze mną Małgorzata Domańska, członkini zespołu kAMUflage, zwycięzcy zeszłorocznego konkursu Imagine Cup 2009, oferując odpowiedzi na wszelkie nurtujące mnie pytania dotyczące udziału w tym konkursie.

Podczas sobotniego wykładu, który prawie w całości oparty był na opisie zwycięskiego projektu, zabrakło mi informacji dotyczących całej drogi przebytej przez zespół biorący udział w konkursie. Szczególnie interesowały mnie kolejne etapy konkursu, ich wygląd, wymagania stawiane przez organizatorów, jak również rzeczywisty nakład pracy włożony w stworzenie takiego projektu. Poniżej przedstawiam zadane przeze mnie pytania i odpowiedzi udzielone przez Małgorzatę - mam nadzieję, że wpis ten będzie ciekawym uzupełnieniem festiwalowego wykładu, jak i ciekawą lekturą dla studentów planujących udział w konkursie Imagine Cup.



Jak wyglądają początki uczestnictwa w Imagine Cup? Szczególnie interesują mnie różnego rodzaju technikalia związane z całym przebiegiem konkursu: zaczynając od zgłoszenia pomysłu, tworzenia dokumentacji, jakie są limity czasowe i treściowe nakładane przez organizatorów?


Każda kategoria ma trochę inny przebieg, więc opiszę jedynie Software Design i H.E. Suzzane Mubarak Special Award, bo właśnie w tych kategoriach startował mój zespół.

W Software Design pierwszy etap polega na przesłaniu abstraktu. Dokument krótki i po polsku. Co roku na stronach polskiego Microsoftu umieszczany jest szablon w formacie .docx, który należy wypełnić. Opisujesz ogólny pomysł na projekt. Abstrakt ma limit słów: mniej więcej 250-300. Na podstawie tego dokumentu polski Microsoft wyłania ok. 50 drużyn, których projekty dobrze rokują. W tym roku było tak wielu chętnych, że wyłoniono chyba 59 drużyn (ostatnie zajęły wspólnie 50-te miejsce). W zasadzie nie trzeba mieć wówczas nawet jednej linijki kodu, ale proponuję jednak nie czekać i z góry zakładać, że ten etap się przejdzie - i już wtedy zabierać się za pisanie projektu.

Następnie w okolicach marca rozgrywany jest drugi etap konkursu, gdzie należy wysłać dłuższy dokument oraz film z działającej aplikacji, wszystko w języku angielskim. Zgłoszenie znów idzie do Microsoft w Polsce. Szablon dokumentu należy pobrać i wypełnić. Jest on podzielony na sekcje takie jak: problematyka, użyte technologie... Każda zawiera około 300 słów, a cały dokument liczy 5 stron.

Na podstawie tego dokumentu i filmiku wyłonione zostaje 10 drużyn, które jadą na dwa dni do Warszawy (w okolicach maja) na finały krajowe.

Pierwszego dnia odbywa się tzw. sesja plakatowa. Każda drużyna ma mały boks i siedzi w nim cały dzień, pokazując swój projekt. Należy oczywiście mieć ten pokaz przemyślany. Na sali są grupy sędziowskie (od 2-3 sędziów) i co pół godziny przechodzą oni z boksu do boksu. Wysłuchują prezentacji, oglądają system (nie testują!!!) i zadają pytania. Wszystko w języku polskim.

Sędziowie są z różnych branż: informatycznej, biznesowej oraz artystycznej. W Polsce drugim organizatorem jest Instytut Wzornictwa Przemysłowego. Sędziowie są zazwyczaj przedstawicielami sponsorów.

Rankiem drugiego dnia (pierwszy dzień wykańcza!) zostaje wyłonionych 5 drużyn, które mają wygłosić długą dwudziestominutową prezentację na dużej scenie po angielsku. W prezentacji biorą udział sędziowie oraz publiczność, na którą składają się np. pozostałe zespoły, znajomi i prasa(!!!). Należy pokazać system, opowiedzieć o architekturze i co najważniejsze trzeba zadbać o to, żeby to nie była prezentacja tylko dla informatyków. Trzeba przede wszystkim pokazać, że projekt ma zastosowanie i dotyka realnych problemów. Po wygłoszeniu prezentacji do każdego zespołu kierowane są pytania sędziów (już po polsku), a potem odbywa się narada sędziów. Po południu ogłoszenie wyników.

Kto mógł awansować do finału w Kairze?

Pierwsze miejsce w konkursie krajowym jedzie na finały światowe. W zeszłym roku zajęliśmy pechowe drugie :) więc nie mogliśmy pojechać do Kairu.

A jednak się udało?

W maju zostały ogłoszone dodatkowe Awardy. W tym H.E.Suzanne Mubarak Special Award, który był skierowany właśnie do drużyn startujących w Software Design. Pani Mubarak postawiła własne cele projektowe, trochę inne niż ONZ. Należało przedstawić trzystronicowy dokument, który opisuje rozwiązanie tego problemu.

Dokument ten należało wysłać już na światowe finały do Kairu. Wszystko po angielsku. Którejś (nerwowej dla mnie wówczas) nocy o 2:00 ogłoszono pięć drużyn z całego świata (około 170 zgłosiło się do tej kategorii). Te 5 drużyn otrzymało bilety do Kairu :)

Na samych finałach również każda kategoria ma inny program. Moja miała jedną prezentację dwudziestominutową w małej sali, przed grupą pięciu sędziów plus widownia (ale mała). Po angielsku oczywiście. Potem pytania sędziów, nasze odpowiedzi i wieczorem ogłoszono trzy drużyny, które staną na podium. Wieczorem na wielkiej scenie, pod samymi piramidami, ogłoszenie końcowych wyników, w tym naszych miejsc na podium :) Wyszliśmy z flagami, odebraliśmy statuetki i wielki plastikowy czek :) Emocji, które mi wtedy towarzyszyły nie potrafię opisać... Coś pięknego i niezapomnianego :)

Powiem szczerze, że najbardziej w Waszym systemie zainteresowała mnie technika OCR rozpoznawania zapisu nutowego. Jak długo trwały Wasze prace nad tą funkcjonalnością i nad sposobami konwersji nuty->Braille jeszcze przed wzięciem udziału w konkursie?

Prace rozpoczęliśmy dopiero na konkurs. Zaczynaliśmy od zera. Dodam, że nie znamy się za bardzo ani na muzyce, ani nie jesteśmy brajlistami. Korzystaliśmy w tych dziedzinach z pomocy internetu, dokumentów i publikacji dotyczących tych zagadnień, a także z pomocy osób trzecich, czy to znajomych czy przyjaciół, czy innych ludzi, którzy chcieli pomóc grupce studentów biorących udział w konkursie.

Jak rozwijał się wasz projekt w trakcie trwania konkursu?

W chwili prezentacji w Warszawie projekt dotyczył jedynie zamiany nut na Braille`a. Do H.E.Suzanne Mubarak Special Award zmieniliśmy cały interfejs i rozbudowaliśmy system do tego, który pokazaliśmy w Krakowie.

Takie prywatne pytanko - ile tak naprawdę czasu i wysiłku zabrała Wam praca włożona w tworzenie systemu?

Praca nad systemem zabierała nam bardzo dużo czasu, szczególnie prace programistyczne dotyczące tego OMR (muzyczny OCR, czyli Optical Music Recognition). Jest trochę publikacji na takie tematy, ale dopiero po konkursie tak naprawdę mieliśmy czas porządnie się za nie zabrać. Czyli do pracy magisterskiej. Na konkurs tworzyliśmy szybko algorytmy (wiele jest naprawdę jak najprostszych), aby po prostu rozpoznawanie zadziałało oraz by udało się odegrać muzykę czy wydrukować braille`a. Pracowaliśmy właściwie dniami i nocami (więcej w miarę zbliżania się kluczowych dat oddawania czegoś) i spędzaliśmy każdą wolną chwilę nad systemem. Około 7 miesięcy pracowaliśmy do finałów w Kairze. Przy finałach krajowych i światowych musieliśmy jeszcze sporo wysiłku włożyć w przygotowanie prezentacji i dokumentów, gdyż to na ich podstawie sędziowie wydają pierwsze wyroki. Należy baaaaardzo przemyśleć co i jak się pokazuje. Czas jest ograniczony i nie ma możliwości przedłużania. Nagranie filmu również zabrało sporo czasu i wysiłku.

Jak bardzo uczelnia wspierała Was w przygotowaniach do kolejnych etapów? Czy nie pojawiały się problemy związane np. z brakiem czasu na uczestnictwo w zajęciach akademickich?

Nasza drużyna składała się z dwóch uczelni: UAM i Politechniki Poznańskiej. Ja studiuję na UAM na Wydziale Matematyki i Informatyki. Mój wydział baardzo mocno nas wszystkich wspierał. Finansował całej drużynie wyjazdy do Warszawy i pokrywał wszelkie koszty związane z projektem lub przygotowaniami (np. ulotki, plakaty czy koszulki zespołowe na finały). Także wykładowcy i prowadzący zajęcia byli bardzo przychylni i ze zrozumieniem podchodzili do naszych próśb o przełożenie jakichś terminów zaliczeń czy składania prac na przedmioty. Zajęć w miarę możliwości staraliśmy się nie opuszczać, jednak gdy zbliżały się terminy konkursowe zawsze przed zajęciami informowaliśmy prowadzących dlaczego będziemy nieobecni - i spotykaliśmy się z życzliwością. Po prostu dogadywaliśmy się z wykładowcami jak możemy nadrobić braki, czy jak zaliczyć dany przedmiot. Nie było w tej kwestii żadnych nieporozumień ani problemów :) Dodam jeszcze, że z naszego wydziału były jakby dwie drużyny. Dziekan towarzyszył nam na finałach krajowych w Warszawie. Został zaproszony na scenę, kiedy ogłaszano, która z drużyn zajmie I, a która II miejsce - przypadkiem tak się złożyło, że obie drużyny były z tego samego wydziału :)

A jak tam praca magisterska?

Praca magisterska dopiero powstaje i nowy system również. Algorytmy udoskonaliliśmy i poprawiliśmy całe rozpoznawanie, ale nowy system nie jest jeszcze w takiej wersji, którą można by zaprezentować.

Dziękuję za udzielone odpowiedzi i życzę dalszych sukcesów :)
-----------------------

PS. Tym razem zdjęcie perfidnie ukradłem z oficjalnej strony Imagine Cup.

Czytaj dalej...

sobota, 13 marca 2010

o 23:27 , Autor: Rafał 1 komentarze

Jak zapowiedziałem, dnia drugiego dla mnie nie było. Niestety - siły wyższe. Co ciekawego usłyszałem w trakcie trzeciego dnia festiwalu?

Najważniejszą rzeczą na jaką należało zwrócić uwagę, to straszne pustki. W pierwszym wykładzie, prócz organizatorów, wzięło udział jedynie 20-30 osób. Można domyślić się, że sobotnie wykłady nie były na tyle interesujące, by przyciągnąć studentów w wyjątkowo paskudną pogodę (zimno, wiatr, topniejący śnieg, deszcz).
Pierwszy wykład prowadzony był przez studencką grupę kAMUflage, która w zeszłym roku zajęła I miejsce w międzynarodowym konkursie Imagine Cup 2009. Treść wykładu w znacznej części oparta była na opisie zwycięskiego projektu, którym był rozbudowany system TraMuBraTion (Translate Music to Braile Notation).



System ma za zadanie ułatwienie dostępu do muzyki osobom niewidomym. Podstawowym trybem programu jest konwersja muzyki z kilku podstawowych formatów (zapis nutowy, midi, xml, plik tekstowy) na muzyczną notację alfabetu Braille'a i umożliwienie wydrukowania muzyki w takim formacie przy użyciu specjalnej drukarki. Najciekawszym elementem tej części systemu jest algorytm OCR umożliwiający odczytanie zapisu nutowego na podstawie pliku graficznego (np. ze zdjęcia lub skanu). Częścią systemu jest również specjalnie skonstruowany statyw z podświetleniem, który umożliwia osobie niewidomej wykonanie w prosty sposób idealnego zdjęcia kartki z zapisem nutowym przy pomocy telefonu komórkowego.

System ten posiada również elementy edukacyjne, umożliwiające niewidomym dzieciom rozpoczęcie przygody z muzyką, a nawet komponowanie własnych utworów. Co ciekawe - każdy użytkownik aplikacji może dzielić się z innymi swoimi kompozycjami za pośrednictwem internetowej biblioteki programu.

Podsumowując - system jest naprawdę bardzo interesujący, a jego autorzy wykonali kawał dobrej roboty. Pierwsze miejsce dla tego projektu jest jak najbardziej zasłużone. Mam tylko nadzieję, że autorzy i projekt nie zostaną pozostawieni sami sobie i otrzymają wsparcie. Na podstawie odpowiedzi udzielonej na pytanie kolegi, wszystko wskazuje na to, że do tej pory projekt nie został objęty patronatem żadnej poważnej firmy zajmującej się oprogramowaniem.

Tyle na temat pierwszego wykładu, który dotyczył bardziej opisu zwycięskiego projektu niż samego konkursu Imagine Cup (szczególnie interesowało mnie to, jak taki konkurs wygląda "od środka" - niestety takiej wiedzy na wykładzie zabrakło).

Drugi i ostatni wykład, w którym uczestniczyłem, dotyczył narzędzia do budowy projektów (zwłaszcza javowskich) o nazwie Gradle. Tomasz Kaczanowski z firmy Software Mind przedstawił możliwości tej open-sourcowej aplikacji, a także wyjaśnił, dlaczego akurat to narzędzie jest przez niego uważane za lepsze od takich popularnych aplikacji jak Ant lub Maven.

Po drugim wykładzie odbyło się wręczenie nagród w głównych festiwalowych konkursach. Niestety spora ilość zwycięzców (szczególnie konkursu organizowanego przez Software Mind) w ogóle nie stawiła się na rozdanie nagród, co niekiedy doprowadzało do zabawnych sytuacji.

SFI 2010 zakończone, pozostał niedosyt. Powiem szczerze, że zeszłoroczny festiwal informatyki posiadał zdecydowanie ciekawszą listę wykładowców i poruszanych przez nich tematów. Cóż, mam nadzieję, że SFI 2011 wypadnie lepiej.

PS. Zdjęcia ukradłem z oficjalnej strony drużyny kAMUflage - link

Czytaj dalej...

piątek, 12 marca 2010

o 00:25 , Autor: Rafał 1 komentarze

Jedna z największych studenckich imprez informatycznych doczekała się w tym roku swej szóstej edycji. Korzystając z lekkiego początku letniego semestru, również w tym roku postanowiłem wziąć udział przynajmniej w części organizowanych w ramach festiwalu imprez.

Po raz kolejny jednak uważam, że termin organizacji festiwalu jest kiepski. Trzydniowa impreza organizowana jest w dniach czwartek-piątek-sobota, a przecież wiadomo, że większość studentów w czwartki i piątki ma zajęcia. W moim przypadku czwartkowy i piątkowy zajęć jest dosyć luźny, ale znam sporo osób, które muszą opuścić najciekawsze festiwalowe wykłady, aby zdążyć na obowiązkowe laboratoria i ćwiczenia.
Wracając do festiwalu - dziś miałem możliwość udziału jedynie w dwóch wykładach. Pierwszy z nich prowadzony był przez dr. inż. Michała Korzyckiego (którego znam dobrze z AGHowskich wykładów i laboratoriów). Tematyka wykładu kręciła się wokół mechanizmów rekomendacji (wykorzystywanych np. w sklepie internetowym Amazon), a zwłaszcza omówiony został rozwój zakończonego już konkursu Netflix Prize, który polegał na opracowaniu algorytmu, który będzie osiągał co najmniej 10% lepszą skuteczność niż standardowy algorytm rekomendacji firmy Netflix. Magiczna bariera dziesięciu procent przebita została w lipcu 2009 roku, a zwycięzca zgarnął nagrodę w wysokości miliona dolarów.



Omówione zostały również ogólne zasady działania tego typu algorytmów, ich wymagania techniczne, a także cel ich istnienia (łatwo domyślić się, że chodzi tu o zwiększenie zysków sklepu internetowego).

Drugi wykład prowadzony był przez Piotra Walczyszyna z firmy Adobe. Wykład ten przedstawiał najnowsze światowe trendy związane z budowaniem aplikacji typu RIA (bogatych aplikacji internetowych), a także najnowsze technologiczne możliwości platform Flash i środowiska Adobe AIR. Przedstawione zostały również możliwości wykonywania przy wykorzystaniu tych technologii ciekawych aplikacji na urządzenia mobilne.

Dzień zakończył się dobrym piwkiem w knajpie. Drugi dzień imprezy niestety bardzo koliduje mi z zajęciami i nie będę w stanie uczestniczyć w większości jutrzejszych festiwalowych atrakcji. Zwłaszcza żałuję, że nie będę mógł wziąć udziału w wykładzie Piotra Koniecznego pt. "Google Hacking w testach penetracyjnych". Jeśli macie możliwość - przyjdźcie koniecznie. Wykłady Piotrka zawsze są interesujące ;)

Czytaj dalej...

niedziela, 21 lutego 2010

o 20:11 , Autor: Rafał 0 komentarze

Sesja tak się szczęśliwie ułożyła, że mogę wyjątkowo cieszyć się długimi feriami do 1 marca. W przypływie znudzenia, zacząłem bawić się jedną z zabawek firmy Google, czyli Google Maps API. Jest to interfejs, umożliwiający tworzenie własnych aplikacji w oparciu o popularną mapę świata firmy Google.

Podstawowa wersja mapy została skonstruowana obiektowo w oparciu o język JavaScript. Prosta, intuicyjna budowa aplikacji pozwala na szybkie i sprawne przygotowywanie mapy dla własnych zastosowań.
W ramach treningu zrobiłem małą, lekką aplikację umożliwiającą oznaczanie swojej pozycji np. podczas podróży rowerowej. Kolejne oznaczane punkty są automatycznie łączone linią prostą.


Samo dodawanie punktów można zrealizować na wiele sposobów, ale na razie oparłem to na prostym formularzu napisanym w PHP. Z formularzem można łatwo połączyć się np. przy pomocy telefonu komórkowego - mały rozmiar (mniej niż 500 bajtów) pozwala zaoszczędzić na połączeniu z internetem, gdzie każdy kilobajt ma znaczenie.


Jest to oczywiście bardzo prosta aplikacja napisana w niecałą godzinę, ale jej tworzenie stanowiło dobry trening w obsłudze googlowych zabawek programistycznych :)

Zainteresowanych zabawą z Google Maps API odsyłam do oficjalnej strony internetowej. Polecam również zbiór polskojęzycznych poradników (niestety nie wszystkie są darmowe).

Czytaj dalej...

sobota, 6 lutego 2010

o 23:23 , Autor: Rafał 2 komentarze

Jedni nadal poszukują źródła wycieku danych, natomiast ja i kolega pokusiliśmy się na małą analizę rozsyłanego spamu. Być może wpis ten rozjaśni niektórym osobom zasadę funkcjonowania tego typu "biznesu".

Na początku przeanalizujmy link, który znajduje się w rozesłanych e-mailach.

http://x.jngtrcka.com/y.z?l=http://supamailt.com/affiliate/referral.asp?aff_id=aff80147:CYFERKI&site=prospl&url=XXXXXXXXX&e=NUMER1&j=NUMER2&t=h&p=2

Pomińmy na razie do kogo należą domeny jngtrcka oraz supamailt. Po odpaleniu tego adresu następuje podwójne przekierowanie i lądujemy na stronie internetowego kasyna Golden Tiger Casino. Krótko mówiąc, jest to zwykły reflink (podstawa programów partnerskich polegających na otrzymywaniu różnych bonusów pieniężnych za zachęcenie pewnej ilości "znajomych" do rejestracji w kasynie). We wszystkich rozsyłanych wiadomościach identyfikator użytkownika kasyna jest taki sam: aff80147. Adresy różnią się jedynie w miejscu, które oznaczyłem NUMER1 - na poziomie wywołania adresu pod domeną supamailt prawdopodobnie zbierane są informacje potwierdzające dane adresata spamu oznaczonego identyfikatorem NUMER1. Podsumowując - spam ma na celu przyciągnięcie ludzi do internetowego kasyna, co wiąże się z zyskiem finansowym dla osoby rozsyłającej.

Wracając do domen. Spammer korzysta z serwisu internetowego Jangomail. Cóż to jest? To nic innego jak "legalne" narzędzie do rozsyłania spamu. Jego zasada działania jest bardzo prosta - podpinasz swoją własną bazę danych z adresami e-mail, płacisz za odpowiednią ilość rozesłanych wiadomości i wysyłasz - zachowując całkowitą anonimowość. Prawdopodobnie serwis udostępnia też różne statystyki, do czego potrzebny jest wyżej wspomniany identyfikator odbiorcy, oznaczony przeze mnie jako NUMER1.

Osoba rozsyłająca spam wcale nie musi być bezpośrednim sprawcą kradzieży. Kradzione bazy danych personalnych są błyskawicznie sprzedawane na czarnym rynku za niemałe pieniądze - nie wiadomo przez ile rąk dane tysięcy Polaków już zdążyły przejść. Niestety danych tych nie da się usunąć z internetu - maszynka poszła w ruch, już nie da się tego zatrzymać. Wszystkie możliwe środki powinny być teraz skierowane na wykrycie źródła wycieku danych.

Martwi mnie to, że pojawia się coraz więcej odbiorców osławionego spamu, którzy zarzekają się, że nigdy nie korzystali z serwisu MoneyBookers (choć nadal użytkownicy tego serwisu stanowią większość wśród poszkodowanych). Całkiem prawdopodobne, że dane wykorzystane przez spammerów pochodzą z różnych źródeł - a w tym przypadku duża afera zaczyna nam się powoli zamieniać w ogromną aferę.

I dlaczego polskie media milczą w tej kwestii, hmm?

Czytaj dalej...
o 01:28 , Autor: Rafał 3 komentarze

Niebezpiecznik.pl donosi - miał miejsce poważny wyciek danych polskich internautów. W takich chwilach zazwyczaj myślę sobie: cóż, albo ludzie mają proste hasła lub wyciągnięta została baza z jakiegoś mało znaczącego serwisu zawierająca mało wartościowe dane. Problem jednak w tym, że wyciekły pełne dane osobowo-adresowe. Co gorsze - wyciekły również MOJE dane. A znany jestem z tego, że mam pedantyczne podejście do bezpieczeństwa swoich danych.

Polscy internauci od rana otrzymują dziś spam, który w swojej treści zawiera ich prawdziwe (sic!) dane adresowe. Wygląda więc na to, że spamerzy są w posiadaniu bazy danych któregoś z serwisów internetowych, który zbierał od swoich użytkowników zarówno adres e-mail jak i adres zamieszkania — pytanie, o który serwis chodzi?


Spam zawiera informację o rzekomej nagrodzie pieniężnej przyznanej przez kasyno. List, który otrzymałem wygląda następująco:



Internauci natychmiast podjęli próbę ustalenia źródła wycieku danych. Wprawdzie list zawiera logo serwisu Przelewy24.pl, lecz równie dobrze może to być prosta zmyłka w wykonaniu spammerów. Obecnie podejrzenia padają na jeden z najpopularniejszych serwisów pośredniczących w przelewach bezgotówkowych - MoneyBookers. Jest to dla mnie całkiem prawdopodobny winowajca, gdyż w moim przypadku występuje pełna zgodność danych zawartych w otrzymanym spamie, a danymi zamieszczonymi w tym serwisie (ulica bez skrótu "ul.", polskie znaki w imieniu, e-mail). Poszukiwania winowajcy trwają - a żaden serwis łatwo nie przyzna się do takiej gafy, ponieważ może ona wiązać się z wielomilionowymi karami za brak właściwej ochrony danych osobowych.

Mini-poradnik dla poszkodowanych: co robić, jeśli również otrzymałem takiego e-maila?

Po pierwsze - natychmiast sprawdźcie wyciągi kart kredytowych przypisanych do waszego konta w MoneyBookers (lub innym podejrzanym serwisie) i na wszelki wypadek zmieńcie tam hasło (na pewno tęczowe tablice poszły w ruch w celu próby złamania haseł niektórych użytkowników). Skoro wyciekły dane adresowe, to równie dobrze mogły wyciec informacje o waszych kartach kredytowych.
Po drugie - zachowajcie list, którzy otrzymaliście od spammera. Może przydać się w przyszłości jako ewentualny dowód w sprawie.
Po trzecie - NIE KLIKAJCIE w linki, które znajdują się w otrzymanym liście. Wasze kliknięcie zostanie zarejestrowane przez odpowiednie skrypty stworzone przez spammerów, dzięki czemu uzyskają pełne potwierdzenie prawidłowości waszych danych (a przynajmniej będą wiedzieli, że ktoś korzysta z tego adresu e-mail i czyta spam).
Po czwarte - śledźcie informacje dotyczące tej sprawy.

O ile namierzenie osób będących obecnie w posiadaniu wykradzionej bazy graniczy z cudem (rozpracowanie botneta wymaga sporych środków), o tyle źródło wycieku prędzej czy później zostanie ujawnione. Całkiem możliwe, że skieruję wtedy sprawę na drogę sądową.

Czytaj dalej...

wtorek, 2 lutego 2010

o 15:14 , Autor: Rafał 2 komentarze

Niestety - pogarszający się stan mojego kolana (które wprawdzie nie przeszkadza mi w chodzeniu, ale zdecydowanie utrudnia np. chodzenie po schodach) zmusił mnie do zanurzenia się po raz pierwszy w najbardziej zagadkowej organizacji na świecie, która powszechnie zwie się polską służbą zdrowia.

Moją wędrówkę ku zdrowiu musiałem oczywiście rozpocząć od najniższego szczebla, czyli lekarza pierwszego kontaktu. Po załatwieniu terminu i odczekaniu swego w kolejce, Pani Doktor od razu wypisała mi skierowanie na leczenie specjalistyczne do chirurga-ortopedy. Kolejnym krokiem było załatwienie terminu wizyty w poradni specjalistycznej w wybranym przeze mnie szpitalu. Mój wybór padł na Wojewódzki Szpital Specjalistyczny im. L. Rydygiera w Krakowie.

Pierwsze co mnie uderzyło, to wyjątkowo ciekawe oznakowanie szpitala. Wszystkie możliwe punkty rejestracji do poradni specjalistycznych zostały ładnie oznakowane - z wyjątkiem mojej, czyli Poradni Chirurgicznej. Na szczęście szatniarki, pracujące jednocześnie jako punkt informacyjny, całkiem porządnie wytłumaczyły mi w jakim kierunku powinienem się udać szpitalnym labiryntem - tzw. "tablice informacyjne" można rozbić o kant tyłka, bo z ich pomocą człowiek nie jest w stanie gdziekolwiek trafić. Po dwóch skrętach w lewo, minięciu ostrego dyżuru i kilku kolejnych bloków szpitala, dotarłem do rejestracji Poradni Chirurgicznej.

Dwa okienka rejestracji, spora kolejka. Być może wszystko mogło by odbyć się zdecydowanie sprawniej, ale "królami szpitala" są oczywiście (znane z autobusów miejskich) turbobabcie i turbodziadki, które uwielbiają wpierniczać się na początek kolejki. Jeśli ktoś zwróci im uwagę, to oczywiście szybko odpyskują, że "przecież oni stoją tu od 7 rano" (miałem ochotę odpowiedzieć, że gó*no mnie to obchodzi, ale jakoś się powstrzymałem).

Jakoś dopchałem się do tego okienka i przedstawiłem odpowiednie dokumenty. Termin wizyty mam wyznaczony na początek kwietnia. Z mojej rozmowy z lekarką pierwszego kontaktu wynika, że powinienem raczej spodziewać się zabiegu artroskopii - a to wiąże się również z wcześniejszym przeprowadzeniem serii szczepień przeciw żółtaczce (na wszelki wypadek). Pożyjemy, zobaczymy.

Ktoś zapyta - dlaczego męczysz się z NFZ, zamiast iść od razu do prywatnego gabinetu? Odpowiadam - rodzice od lat płacą składki na służbę zdrowia, to dlaczego mam nie skorzystać z czegoś, co mi się należy? Póki mam siłę, to wycisnę z NFZ tyle, ile się tylko da.

Z przyjemniejszych rzeczy: hemoglobina wróciła do normy i mogłem dziś dwunasty raz oddać honorowo krew. Legitymacja krwiodawcy zapełniona, "na dniach" powinienem otrzymać nową, tym razem z twardymi okładkami. Do odznaki 3 stopnia brakuje jeszcze dwóch oddań krwi.

Ja wracam do zjadania moich darmowych czekolad, a wszystkim walczącym z polską służbą zdrowia polecam utwór zespołu Czarno-Czarni:



Czytaj dalej...

niedziela, 31 stycznia 2010

o 14:07 , Autor: Rafał 3 komentarze

Sesja powoli ma się ku końcowi, został mi praktycznie tylko jeden egzamin do zaliczenia. Korzystając z wolnego czasu stworzyłem nareszcie dział "Projekty" na mojej stronie internetowej, gdzie każdy może poprzeglądać moje uczelniane wypociny lub współwypociny. Na razie wrzuciłem pięć projektów, kiedyś będzie więcej. Aby zaglądnąć do projektów, kliknij TUTAJ.

Czytaj dalej...