Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 czerwca 2011

o 18:15 , Autor: Rafał 1 komentarze

Człowiek ma w życiu takie chwile, w których pragnie uczestniczyć bezinteresownie w rzeczach "dużych", chcąc pozostawić coś po sobie na lata. Podobnie było ze mną. Oczywiście nie brałem udziału w żadnym powstaniu, wojnie, ani nie byłem członkiem żadnej misji humanitarnej. Tym razem mam na myśli projekt Wikipedia, w który zaangażowany byłem nie tylko od strony tworzenia tekstów, ale również od strony publikowania fotografii. I właśnie o fotografiach będzie ten wpis.

Największego "fioła" na punkcie publikowania swoich fotografii w zasobach Wikipedii miałem w latach 2005-2008. Dysponując moją pierwszą (i jak do tej pory jedyną) cyfrówką Canon PowerShot A70 utrwalałem na zdjęciach obiekty historyczne, naturę oraz miejsca wyjątkowe. Samą fotografią nigdy się nie interesowałem - nigdy mi nie zależało na posiadaniu super-drogiego aparatu, średnio mnie interesowała obróbka graficzna moich zdjęć. Interesował mnie jedynie sam fakt utrwalania pewnych rzeczy i uwieczniania ich w zasobach internetowej encyklopedii. Zdjęcia mojego autorstwa można obejrzeć obecnie w trzech galeriach:

Galeria 1 (do roku 2007)
Galeria 2 (od roku 2008)
Galeria Twierdzy Przemyśl

Szczególnie miło wspominam powstawanie trzeciej galerii, którą stworzyłem jeszcze w czasach liceum. Zdjęcia zostały stworzone podczas czterech rajdów rowerowych po fortach Twierdzy Przemyśl, który zorganizowałem wraz z kolegą z klasy - Tomkiem. Galeria ta stanowi obecnie (chyba) najbardziej obszerny zbiór współczesnych fotografii fortów Twierdzy Przemyskiej jaki jest dostępny w internecie. Niestety zdjęcia urodą nie grzeszą, gdyż opublikowane zostały bez żadnych wcześniejszych poprawek graficznych.

Wikipedia ma to do siebie, że zamieszczane na niej materiały można publikować jedynie na tzw. "wolnych licencjach". Z grubsza można je podzielić na dwie kategorie: pierwsza licencja polega na całkowitym zrzeknięciu się praw autorskich do pracy, a druga zezwala na dowolne wykorzystanie publikowanych prac pod warunkiem podpisania zdjęcia imieniem i/lub pseudonimem autora. Swoje zdjęcia publikowałem zawsze na tym "drugim" typie licencji żądając podpisywania zdjęć moim pseudonimem, czyli Goku122.

Po latach z zaskoczeniem odkryłem, że niektóre z moich prac zaczęły pojawiać się poza Wikipedią, nieraz w bardzo popularnych serwisach. Niestety - w większości przypadków redaktorzy serwisów internetowych traktują Wikipedię jako "zbiór fajnych obrazków" i mają w "głębokim poważaniu" licencje publikowanych tam fotografii. Najczęściej pozostaje mi tylko załamać ręce i dać sobie spokój, aby uniknąć niepotrzebnej walki z wiatrakami.

"Życie" moich zdjęć badałem przy wykorzystaniu rewers-wyszukiwarki TinEye.com. Pozwala ona na wyszukiwanie w internecie kopii podanych grafik. Wprawdzie ilość znajdujących się w niej zindeksowanych grafik jest jedynie kroplą w morzu internetu, lecz jest to prawdopodobnie jedyne dostępne tego typu narzędzie.


Chyba najpopularniejszym moim zdjęciem, które "wyciekło" poza Wikipedię jest fotografia "Trzech Krzyży", która została wykonana przeze mnie w 2005 roku podczas wycieczki na Łysą Górę. Pomijając fakt, że zdjęcie jest wykorzystywane w blisko 31 wersjach językowych Wikipedii, to w dodatku było często wykorzystywane w artykułach dotyczących Zbrodni Katyńskiej, zwłaszcza w mediach rosyjskojęzycznych (oczywiście bez żadnych informacji o autorze zdjęcia):
Newsland.ru
Time.mk
Gazeta.ru
Imperiya.by
A nawet zdjęcie to pojawiło się w mediach anglojęzycznych po Katastrofie Smoleńskiej:
RT.com




Zdjęcie rekonstrukcji krematorium w byłym nazistowskim obozie Majdanek wykonałem podczas... wycieczki szkolnej w gimnazjum. Zdjęcie pojawiło się w artykule telewizji SkyNews.




Moje zdjęcie stoku narciarskiego w Przemyślu pojawiło się w portalu Wiadomosci24.pl jako ilustracja do artykułu o przypadkach śmiertelnych na polskich stokach. Co ciekawe, artykuł nawet słowem nie wspominał o przemyskim stoku...




O Pomniku Ofiar UPA zrobiło się głośno po demontażu znajdującej się na nim rzeźby. Jedna z podkarpackich gazet - Nowiny - poszukując w trybie pilnym zdjęcia pomnika sprzed demontażu ów rzeźby, wykorzystała moje zdjęcie i opublikowała je (bez żadnego podpisu) zarówno w internecie, jak i w wersji papierowej gazety. Po kontakcie z redaktorem naczelnym poprawiony został podpis w wydaniu internetowym gazety, a w wersji papierowej zamieszczone zostały oficjalne przeprosiny (zabawnie wyszło, bo przeprosiny wydrukowane zostały zaraz obok nekrologów).




Poza gazetami i portalami internetowymi - moje zdjęcia wielokrotnie pojawiały się na prywatnych blogach oraz na prywatnych stronach internetowych. Jako pozytywny przykład (prawidłowy podpis do zdjęcia) podać mogę niedawną publikację mojego zdjęcia na portalu historycznym HistMag.





Co ciekawe, moje prace wychodzą nawet "poza internet". Wykonana przeze mnie wektorowa grafika przedstawiająca mapę Twierdzy Przemyśl została wydrukowana i zawieszona w prywatnym muzeum Fortu XII Werner. Jeszcze nie miałem okazji odwiedzić tego muzeum (podczas tworzenia galerii Twierdzy Przemyśl fort ten znajdował się jeszcze na ogrodzonym terenie wojskowym i nie można było do niego wchodzić), lecz jeśli będę miał kiedyś okazję, to chętnie pogadam z właścicielem muzeum o licencjach.
Zdjęcie zawieszonej mapki zostało wykonane przez bojownika Netis podczas jego wycieczki do Przemyśla w lipcu 2010.

Podsumowując - nie mam do nikogo żalu za wykorzystywanie prac i nawet cieszę się, że nie są to zdjęcia robione do szuflady, że obejrzeć je może większa liczba internautów. Zwłaszcza, że publikuję je za darmo z własnej woli. Tylko czy naprawdę jest aż tak trudno dopisać obok pseudonim autora?

Czytaj dalej...

wtorek, 28 grudnia 2010

o 21:53 , Autor: Rafał 0 komentarze

Opinia publiczna jest od pewnego czasu poruszona pewnym nagraniem, które odnalezione zostało w czeluściach serwisu YouTube. Film ten przedstawia małe dziecko, które w brutalny sposób znęca się nad kotem. Sprawą zainteresowała się nie tylko policja, ale również polscy internauci zgromadzeni m.in. na serwisie Wykop.pl

Wykopowicze mają już spore doświadczenie związane z wyszukiwaniem internetowych przestępców. Warto wspomnieć tutaj sprawę sprzed roku, kiedy to inny młodociany sadysta znęcał się nad swoim kotem. Wskazówki internautów koniec końców doprowadziły do aresztowania chłopaka i skazania go za znęcanie się nad zwierzętami. Kot, który był obiektem ponurych zabaw, został zabrany do lokalnego schroniska.

I tym razem internauci rozpoczęli zakrojone na szeroką skalę poszukiwania osoby, która na serwisie YouTube kryła się pod pseudonimem Sharki175. W tym miejscu ujawnia się jednak głupota niektórych pseudo-detektywów (a nieszczęścia chodzą parami). Jeden z poszukiwaczy najwidoczniej przeszukiwał zasoby internetowe pod kątem nazwy "Sharki". Nie zwrócił jednak uwagi, że jest to dosyć popularny pseudonim i wiele osób z niego korzysta. Ostatecznie ktoś nadgorliwy opublikował dane 15-letniego Pawła Mariusza S. z miejscowości Leśna, znanego wśród swoich znajomych pod ksywą "Sharki", a który na YouTube korzysta z konta o nazwie "Sharki1200" (175 i 1200 - widać różnicę?).

Mało kto pomyślał, aby sprawdzić, czy rzeczywiście ów Paweł jest autorem feralnego filmiku. Na konta w serwisach społecznościowych 15-latka zaczęły napływać wszelkiego rodzaju bluzgi, obelgi, groźby i inne ataki osobiste.





Wystarczy jedynie spędzić chwilę czasu na obejrzenie profilu "podejrzanego", aby nabrać słusznych podejrzeń co do zasadności ataku tej konkretnej osoby. Sam poszkodowany opublikował następujące oświadczenie:


(no dobra, screen WordPada wygląda zabawnie - zakładam, że autor działał pod wpływem emocji)

Obecnie polska policja nawiązuje kontakt z administracją serwisu YouTube w celu dokładnego namierzenia autora filmu. Od tego służby dzieli już tylko jeden mały krok w stronę aresztowania rodziców młodocianego sadysty. I mam nadzieję, że kara dla nich będzie bardzo surowa - bo nie jest tutaj winny niczego nieświadomy malec, tylko rodzice, którzy nie potrafią wychować dzieciaka i zachęcają go do sadystycznych zachowań.

A internautom życzę przede wszystkim zdrowego rozsądku.

UPDATE (29.12.2010, 22:00) - policja odnalazła autora filmu. Jest nim rzeczywiście 15-latek, ale pochodzący z Krakowa. Wyszło na to, że równie fałszywe okazały się inne donosy internetowych pseudo-detektywów, które wskazywały na pewnego 19-latka, 21-latka, a nawet 30-letniego nauczyciela (jeden z internautów chwalił się, że nawiązał kontakt z jego uczniami i ostrzegł ich przed sadystycznymi upodobaniami wychowawcy):


Jak to powinna skomentować dzisiejsza młodzież? "Rzal i bul"?

Czytaj dalej...

niedziela, 30 maja 2010

o 23:04 , Autor: Rafał 0 komentarze

Niebezpiecznik.pl informował niedawno o kolejnych dziurach w popularnym serwisie społecznościowym Facebook. Poruszony tam został również temat tzw. złośliwych aplikacji, które w irytujący sposób oszukują użytkowników i rozsyłają się w błyskawicznym tempie (np. przy pomocy opcji "lubię to"). Dziś rozpoczęła się jednak nowa fala facebookowego spamu, który, co ciekawe, nie jest oparty na wewnętrznej aplikacji lecz na prostym skrypcie umieszczonym na zewnętrznej stronie internetowej.

"Dziura" znajduje się w facebookowym skrypcie like.php. Przy pomocy prostej ramki pływającej odwołującej się pod adres:

http://www.facebook.com/plugins/like.php?href=http://JAKASTRONAINTERNETOWA.COM

oraz przez zastosowanie javascriptowej biblioteki jQuery możliwe jest uruchomienie opcji "Lubię to" dla dowolnej strony internetowej. jQuery wykorzystywane jest do "zakrycia" podstawowego guzika ładowanego przez like.php jakimś zachęcającym obrazkiem (zazwyczaj zawierającym napis w stylu "KLIKNIJ TUTAJ, BY ZOBACZYĆ WIĘCEJ"). Opcja ta oczywiście zadziała jedynie wtedy, gdy jesteśmy obecnie zalogowani do facebooka (a któż nie korzysta z opcji "nie wylogowuj mnie"?).

Jak to działa? Nasi znajomi widzą nową rzecz, którą lubimy, wchodzą tam, klikają, skrypt działa, ich znajomi to widzą itd... Łańcuszek gotowy.

Przykładowe nazwy rozsyłanych podejrzanych linków to: "The Man with the biggest dick on Earth", "This man took a picture of his face every day for 8 years!!", "366 Days in 40 Seconds - Pretty Amazing!", "In 2006 MindFreak Walked on Water - See Exactly How He Did This Trick! AMAZING!".

Jak się przed tym zabezpieczyć? Prosta zasada: jeśli przechodzicie z facebooka na jakąś stronę internetową, która zachęca was do kliknięcia, to... nie klikajcie ;)

PS. Zauważyłem sporą liczbę wejść na bloga bezpośrednio z googla, gdzie internauci szukają sposobu na usunięcie swojego uwielbienia do gościa z wielkim ptakiem :)
Jak usunąć wszelkie ślady? W bardzo prosty sposób:
1. Wejdź na swój profil (w górnym lewym rogu twoje imię i nazwisko)
2. W zakładce "Tablica" najedź kursorem na odpowiednią pozycję i wybierz znaczek "x" odpowiedzialny za skasowanie wpisu na Tablicy.
3. Przejdź do zakładki "Informacje" i obok "Sympatie i zainteresowania" wybierz "edytuj" - w nowym oknie skasuj odpowiednią pozycję.

Czytaj dalej...

poniedziałek, 15 marca 2010

o 23:55 , Autor: Rafał 4 komentarze

W jednym z moich ubiegłorocznych wpisów wspomniałem o niezwykłej popularności Miku Hatsune - personifikacji oprogramowania stworzonej przez firmę Yamaha na potrzeby marketingowe syntezatora śpiewu Vocaloid. Japoński marketing poszedł jednak krok dalej...

W zeszłym tygodniu zorganizowano w Japonii koncert, na którym zagrano najpopularniejsze utwory stworzone przez serię syntezatorów Vocaloid. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie... obecność popularnych "tanów"! A konkretniej mówiąc - ich hologramów. Oto kilka znalezionych w internecie zdjęć z koncertu:





Jeszcze 12 lat temu zachwycałem się SynTalkiem - syntezatorem mowy autorstwa polskiej firmy Neurosoft. W latach 2004-2005 pojawiła się IVONA, polski syntezator mowy nowej generacji, który zachwycał płynnością i naturalnością mowy (SynTalk przy IVONIE brzmi jak rozstrojone radio przy profesorze Bralczyku). Japońscy inżynierzy z firmy Yamaha poszli jednak o kilka(dziesiąt) kroków do przodu. Nie dość, że nauczyli syntezator mowy śpiewać, to jeszcze obłożyli go dodatkowym oprogramowaniem do tworzenia muzyki i animacji.

Dziś dochodzimy powoli do sytuacji, kiedy do stworzenia piosenki nie będzie już potrzebny profesjonalny piosenkarz i kompozytor, a na listy przebojów zaczną trafiać hity stworzone w zaciszu domowym przy pomocy oprogramowania zaopatrzonego w proste i intuicyjne GUI. To samo oprogramowanie będzie mogło posłużyć do stworzenia profesjonalnego teledysku, a przy nieco większym nakładzie pracy będzie można organizować trasy koncertowe przy wykorzystaniu jedynie kilku projektorów i nagłośnienia.

Czy właśnie tak będzie wyglądała muzyka przyszłości? Mam nadzieję, że nie... Choć osobiście wolę piosenkę od Vocaloida niż wytwór "piosenkarza", który nie jest w stanie zaśpiewać na koncercie własnej piosenki bez playbacku (patrz: Mandaryna i wielu innych polskich "piosenkarzy", którzy playbackiem obrażają swoich własnych fanów).

Na koniec dwie piosenki wygenerowane przez program Vocaloid + hymn Izraela ;)






------------------------
PS. Przypomniał mi się taki stary obrazek dotyczący polskiego hip-hopu :)


Czytaj dalej...

niedziela, 14 marca 2010

o 23:40 , Autor: Rafał 0 komentarze

Po moim ostatnim wpisie opisującym trzeci dzień Studenckiego Festiwalu Informatycznego w Krakowie, skontaktowała się ze mną Małgorzata Domańska, członkini zespołu kAMUflage, zwycięzcy zeszłorocznego konkursu Imagine Cup 2009, oferując odpowiedzi na wszelkie nurtujące mnie pytania dotyczące udziału w tym konkursie.

Podczas sobotniego wykładu, który prawie w całości oparty był na opisie zwycięskiego projektu, zabrakło mi informacji dotyczących całej drogi przebytej przez zespół biorący udział w konkursie. Szczególnie interesowały mnie kolejne etapy konkursu, ich wygląd, wymagania stawiane przez organizatorów, jak również rzeczywisty nakład pracy włożony w stworzenie takiego projektu. Poniżej przedstawiam zadane przeze mnie pytania i odpowiedzi udzielone przez Małgorzatę - mam nadzieję, że wpis ten będzie ciekawym uzupełnieniem festiwalowego wykładu, jak i ciekawą lekturą dla studentów planujących udział w konkursie Imagine Cup.



Jak wyglądają początki uczestnictwa w Imagine Cup? Szczególnie interesują mnie różnego rodzaju technikalia związane z całym przebiegiem konkursu: zaczynając od zgłoszenia pomysłu, tworzenia dokumentacji, jakie są limity czasowe i treściowe nakładane przez organizatorów?


Każda kategoria ma trochę inny przebieg, więc opiszę jedynie Software Design i H.E. Suzzane Mubarak Special Award, bo właśnie w tych kategoriach startował mój zespół.

W Software Design pierwszy etap polega na przesłaniu abstraktu. Dokument krótki i po polsku. Co roku na stronach polskiego Microsoftu umieszczany jest szablon w formacie .docx, który należy wypełnić. Opisujesz ogólny pomysł na projekt. Abstrakt ma limit słów: mniej więcej 250-300. Na podstawie tego dokumentu polski Microsoft wyłania ok. 50 drużyn, których projekty dobrze rokują. W tym roku było tak wielu chętnych, że wyłoniono chyba 59 drużyn (ostatnie zajęły wspólnie 50-te miejsce). W zasadzie nie trzeba mieć wówczas nawet jednej linijki kodu, ale proponuję jednak nie czekać i z góry zakładać, że ten etap się przejdzie - i już wtedy zabierać się za pisanie projektu.

Następnie w okolicach marca rozgrywany jest drugi etap konkursu, gdzie należy wysłać dłuższy dokument oraz film z działającej aplikacji, wszystko w języku angielskim. Zgłoszenie znów idzie do Microsoft w Polsce. Szablon dokumentu należy pobrać i wypełnić. Jest on podzielony na sekcje takie jak: problematyka, użyte technologie... Każda zawiera około 300 słów, a cały dokument liczy 5 stron.

Na podstawie tego dokumentu i filmiku wyłonione zostaje 10 drużyn, które jadą na dwa dni do Warszawy (w okolicach maja) na finały krajowe.

Pierwszego dnia odbywa się tzw. sesja plakatowa. Każda drużyna ma mały boks i siedzi w nim cały dzień, pokazując swój projekt. Należy oczywiście mieć ten pokaz przemyślany. Na sali są grupy sędziowskie (od 2-3 sędziów) i co pół godziny przechodzą oni z boksu do boksu. Wysłuchują prezentacji, oglądają system (nie testują!!!) i zadają pytania. Wszystko w języku polskim.

Sędziowie są z różnych branż: informatycznej, biznesowej oraz artystycznej. W Polsce drugim organizatorem jest Instytut Wzornictwa Przemysłowego. Sędziowie są zazwyczaj przedstawicielami sponsorów.

Rankiem drugiego dnia (pierwszy dzień wykańcza!) zostaje wyłonionych 5 drużyn, które mają wygłosić długą dwudziestominutową prezentację na dużej scenie po angielsku. W prezentacji biorą udział sędziowie oraz publiczność, na którą składają się np. pozostałe zespoły, znajomi i prasa(!!!). Należy pokazać system, opowiedzieć o architekturze i co najważniejsze trzeba zadbać o to, żeby to nie była prezentacja tylko dla informatyków. Trzeba przede wszystkim pokazać, że projekt ma zastosowanie i dotyka realnych problemów. Po wygłoszeniu prezentacji do każdego zespołu kierowane są pytania sędziów (już po polsku), a potem odbywa się narada sędziów. Po południu ogłoszenie wyników.

Kto mógł awansować do finału w Kairze?

Pierwsze miejsce w konkursie krajowym jedzie na finały światowe. W zeszłym roku zajęliśmy pechowe drugie :) więc nie mogliśmy pojechać do Kairu.

A jednak się udało?

W maju zostały ogłoszone dodatkowe Awardy. W tym H.E.Suzanne Mubarak Special Award, który był skierowany właśnie do drużyn startujących w Software Design. Pani Mubarak postawiła własne cele projektowe, trochę inne niż ONZ. Należało przedstawić trzystronicowy dokument, który opisuje rozwiązanie tego problemu.

Dokument ten należało wysłać już na światowe finały do Kairu. Wszystko po angielsku. Którejś (nerwowej dla mnie wówczas) nocy o 2:00 ogłoszono pięć drużyn z całego świata (około 170 zgłosiło się do tej kategorii). Te 5 drużyn otrzymało bilety do Kairu :)

Na samych finałach również każda kategoria ma inny program. Moja miała jedną prezentację dwudziestominutową w małej sali, przed grupą pięciu sędziów plus widownia (ale mała). Po angielsku oczywiście. Potem pytania sędziów, nasze odpowiedzi i wieczorem ogłoszono trzy drużyny, które staną na podium. Wieczorem na wielkiej scenie, pod samymi piramidami, ogłoszenie końcowych wyników, w tym naszych miejsc na podium :) Wyszliśmy z flagami, odebraliśmy statuetki i wielki plastikowy czek :) Emocji, które mi wtedy towarzyszyły nie potrafię opisać... Coś pięknego i niezapomnianego :)

Powiem szczerze, że najbardziej w Waszym systemie zainteresowała mnie technika OCR rozpoznawania zapisu nutowego. Jak długo trwały Wasze prace nad tą funkcjonalnością i nad sposobami konwersji nuty->Braille jeszcze przed wzięciem udziału w konkursie?

Prace rozpoczęliśmy dopiero na konkurs. Zaczynaliśmy od zera. Dodam, że nie znamy się za bardzo ani na muzyce, ani nie jesteśmy brajlistami. Korzystaliśmy w tych dziedzinach z pomocy internetu, dokumentów i publikacji dotyczących tych zagadnień, a także z pomocy osób trzecich, czy to znajomych czy przyjaciół, czy innych ludzi, którzy chcieli pomóc grupce studentów biorących udział w konkursie.

Jak rozwijał się wasz projekt w trakcie trwania konkursu?

W chwili prezentacji w Warszawie projekt dotyczył jedynie zamiany nut na Braille`a. Do H.E.Suzanne Mubarak Special Award zmieniliśmy cały interfejs i rozbudowaliśmy system do tego, który pokazaliśmy w Krakowie.

Takie prywatne pytanko - ile tak naprawdę czasu i wysiłku zabrała Wam praca włożona w tworzenie systemu?

Praca nad systemem zabierała nam bardzo dużo czasu, szczególnie prace programistyczne dotyczące tego OMR (muzyczny OCR, czyli Optical Music Recognition). Jest trochę publikacji na takie tematy, ale dopiero po konkursie tak naprawdę mieliśmy czas porządnie się za nie zabrać. Czyli do pracy magisterskiej. Na konkurs tworzyliśmy szybko algorytmy (wiele jest naprawdę jak najprostszych), aby po prostu rozpoznawanie zadziałało oraz by udało się odegrać muzykę czy wydrukować braille`a. Pracowaliśmy właściwie dniami i nocami (więcej w miarę zbliżania się kluczowych dat oddawania czegoś) i spędzaliśmy każdą wolną chwilę nad systemem. Około 7 miesięcy pracowaliśmy do finałów w Kairze. Przy finałach krajowych i światowych musieliśmy jeszcze sporo wysiłku włożyć w przygotowanie prezentacji i dokumentów, gdyż to na ich podstawie sędziowie wydają pierwsze wyroki. Należy baaaaardzo przemyśleć co i jak się pokazuje. Czas jest ograniczony i nie ma możliwości przedłużania. Nagranie filmu również zabrało sporo czasu i wysiłku.

Jak bardzo uczelnia wspierała Was w przygotowaniach do kolejnych etapów? Czy nie pojawiały się problemy związane np. z brakiem czasu na uczestnictwo w zajęciach akademickich?

Nasza drużyna składała się z dwóch uczelni: UAM i Politechniki Poznańskiej. Ja studiuję na UAM na Wydziale Matematyki i Informatyki. Mój wydział baardzo mocno nas wszystkich wspierał. Finansował całej drużynie wyjazdy do Warszawy i pokrywał wszelkie koszty związane z projektem lub przygotowaniami (np. ulotki, plakaty czy koszulki zespołowe na finały). Także wykładowcy i prowadzący zajęcia byli bardzo przychylni i ze zrozumieniem podchodzili do naszych próśb o przełożenie jakichś terminów zaliczeń czy składania prac na przedmioty. Zajęć w miarę możliwości staraliśmy się nie opuszczać, jednak gdy zbliżały się terminy konkursowe zawsze przed zajęciami informowaliśmy prowadzących dlaczego będziemy nieobecni - i spotykaliśmy się z życzliwością. Po prostu dogadywaliśmy się z wykładowcami jak możemy nadrobić braki, czy jak zaliczyć dany przedmiot. Nie było w tej kwestii żadnych nieporozumień ani problemów :) Dodam jeszcze, że z naszego wydziału były jakby dwie drużyny. Dziekan towarzyszył nam na finałach krajowych w Warszawie. Został zaproszony na scenę, kiedy ogłaszano, która z drużyn zajmie I, a która II miejsce - przypadkiem tak się złożyło, że obie drużyny były z tego samego wydziału :)

A jak tam praca magisterska?

Praca magisterska dopiero powstaje i nowy system również. Algorytmy udoskonaliliśmy i poprawiliśmy całe rozpoznawanie, ale nowy system nie jest jeszcze w takiej wersji, którą można by zaprezentować.

Dziękuję za udzielone odpowiedzi i życzę dalszych sukcesów :)
-----------------------

PS. Tym razem zdjęcie perfidnie ukradłem z oficjalnej strony Imagine Cup.

Czytaj dalej...

niedziela, 21 lutego 2010

o 20:11 , Autor: Rafał 0 komentarze

Sesja tak się szczęśliwie ułożyła, że mogę wyjątkowo cieszyć się długimi feriami do 1 marca. W przypływie znudzenia, zacząłem bawić się jedną z zabawek firmy Google, czyli Google Maps API. Jest to interfejs, umożliwiający tworzenie własnych aplikacji w oparciu o popularną mapę świata firmy Google.

Podstawowa wersja mapy została skonstruowana obiektowo w oparciu o język JavaScript. Prosta, intuicyjna budowa aplikacji pozwala na szybkie i sprawne przygotowywanie mapy dla własnych zastosowań.
W ramach treningu zrobiłem małą, lekką aplikację umożliwiającą oznaczanie swojej pozycji np. podczas podróży rowerowej. Kolejne oznaczane punkty są automatycznie łączone linią prostą.


Samo dodawanie punktów można zrealizować na wiele sposobów, ale na razie oparłem to na prostym formularzu napisanym w PHP. Z formularzem można łatwo połączyć się np. przy pomocy telefonu komórkowego - mały rozmiar (mniej niż 500 bajtów) pozwala zaoszczędzić na połączeniu z internetem, gdzie każdy kilobajt ma znaczenie.


Jest to oczywiście bardzo prosta aplikacja napisana w niecałą godzinę, ale jej tworzenie stanowiło dobry trening w obsłudze googlowych zabawek programistycznych :)

Zainteresowanych zabawą z Google Maps API odsyłam do oficjalnej strony internetowej. Polecam również zbiór polskojęzycznych poradników (niestety nie wszystkie są darmowe).

Czytaj dalej...

sobota, 6 lutego 2010

o 23:23 , Autor: Rafał 2 komentarze

Jedni nadal poszukują źródła wycieku danych, natomiast ja i kolega pokusiliśmy się na małą analizę rozsyłanego spamu. Być może wpis ten rozjaśni niektórym osobom zasadę funkcjonowania tego typu "biznesu".

Na początku przeanalizujmy link, który znajduje się w rozesłanych e-mailach.

http://x.jngtrcka.com/y.z?l=http://supamailt.com/affiliate/referral.asp?aff_id=aff80147:CYFERKI&site=prospl&url=XXXXXXXXX&e=NUMER1&j=NUMER2&t=h&p=2

Pomińmy na razie do kogo należą domeny jngtrcka oraz supamailt. Po odpaleniu tego adresu następuje podwójne przekierowanie i lądujemy na stronie internetowego kasyna Golden Tiger Casino. Krótko mówiąc, jest to zwykły reflink (podstawa programów partnerskich polegających na otrzymywaniu różnych bonusów pieniężnych za zachęcenie pewnej ilości "znajomych" do rejestracji w kasynie). We wszystkich rozsyłanych wiadomościach identyfikator użytkownika kasyna jest taki sam: aff80147. Adresy różnią się jedynie w miejscu, które oznaczyłem NUMER1 - na poziomie wywołania adresu pod domeną supamailt prawdopodobnie zbierane są informacje potwierdzające dane adresata spamu oznaczonego identyfikatorem NUMER1. Podsumowując - spam ma na celu przyciągnięcie ludzi do internetowego kasyna, co wiąże się z zyskiem finansowym dla osoby rozsyłającej.

Wracając do domen. Spammer korzysta z serwisu internetowego Jangomail. Cóż to jest? To nic innego jak "legalne" narzędzie do rozsyłania spamu. Jego zasada działania jest bardzo prosta - podpinasz swoją własną bazę danych z adresami e-mail, płacisz za odpowiednią ilość rozesłanych wiadomości i wysyłasz - zachowując całkowitą anonimowość. Prawdopodobnie serwis udostępnia też różne statystyki, do czego potrzebny jest wyżej wspomniany identyfikator odbiorcy, oznaczony przeze mnie jako NUMER1.

Osoba rozsyłająca spam wcale nie musi być bezpośrednim sprawcą kradzieży. Kradzione bazy danych personalnych są błyskawicznie sprzedawane na czarnym rynku za niemałe pieniądze - nie wiadomo przez ile rąk dane tysięcy Polaków już zdążyły przejść. Niestety danych tych nie da się usunąć z internetu - maszynka poszła w ruch, już nie da się tego zatrzymać. Wszystkie możliwe środki powinny być teraz skierowane na wykrycie źródła wycieku danych.

Martwi mnie to, że pojawia się coraz więcej odbiorców osławionego spamu, którzy zarzekają się, że nigdy nie korzystali z serwisu MoneyBookers (choć nadal użytkownicy tego serwisu stanowią większość wśród poszkodowanych). Całkiem prawdopodobne, że dane wykorzystane przez spammerów pochodzą z różnych źródeł - a w tym przypadku duża afera zaczyna nam się powoli zamieniać w ogromną aferę.

I dlaczego polskie media milczą w tej kwestii, hmm?

Czytaj dalej...
o 01:28 , Autor: Rafał 3 komentarze

Niebezpiecznik.pl donosi - miał miejsce poważny wyciek danych polskich internautów. W takich chwilach zazwyczaj myślę sobie: cóż, albo ludzie mają proste hasła lub wyciągnięta została baza z jakiegoś mało znaczącego serwisu zawierająca mało wartościowe dane. Problem jednak w tym, że wyciekły pełne dane osobowo-adresowe. Co gorsze - wyciekły również MOJE dane. A znany jestem z tego, że mam pedantyczne podejście do bezpieczeństwa swoich danych.

Polscy internauci od rana otrzymują dziś spam, który w swojej treści zawiera ich prawdziwe (sic!) dane adresowe. Wygląda więc na to, że spamerzy są w posiadaniu bazy danych któregoś z serwisów internetowych, który zbierał od swoich użytkowników zarówno adres e-mail jak i adres zamieszkania — pytanie, o który serwis chodzi?


Spam zawiera informację o rzekomej nagrodzie pieniężnej przyznanej przez kasyno. List, który otrzymałem wygląda następująco:



Internauci natychmiast podjęli próbę ustalenia źródła wycieku danych. Wprawdzie list zawiera logo serwisu Przelewy24.pl, lecz równie dobrze może to być prosta zmyłka w wykonaniu spammerów. Obecnie podejrzenia padają na jeden z najpopularniejszych serwisów pośredniczących w przelewach bezgotówkowych - MoneyBookers. Jest to dla mnie całkiem prawdopodobny winowajca, gdyż w moim przypadku występuje pełna zgodność danych zawartych w otrzymanym spamie, a danymi zamieszczonymi w tym serwisie (ulica bez skrótu "ul.", polskie znaki w imieniu, e-mail). Poszukiwania winowajcy trwają - a żaden serwis łatwo nie przyzna się do takiej gafy, ponieważ może ona wiązać się z wielomilionowymi karami za brak właściwej ochrony danych osobowych.

Mini-poradnik dla poszkodowanych: co robić, jeśli również otrzymałem takiego e-maila?

Po pierwsze - natychmiast sprawdźcie wyciągi kart kredytowych przypisanych do waszego konta w MoneyBookers (lub innym podejrzanym serwisie) i na wszelki wypadek zmieńcie tam hasło (na pewno tęczowe tablice poszły w ruch w celu próby złamania haseł niektórych użytkowników). Skoro wyciekły dane adresowe, to równie dobrze mogły wyciec informacje o waszych kartach kredytowych.
Po drugie - zachowajcie list, którzy otrzymaliście od spammera. Może przydać się w przyszłości jako ewentualny dowód w sprawie.
Po trzecie - NIE KLIKAJCIE w linki, które znajdują się w otrzymanym liście. Wasze kliknięcie zostanie zarejestrowane przez odpowiednie skrypty stworzone przez spammerów, dzięki czemu uzyskają pełne potwierdzenie prawidłowości waszych danych (a przynajmniej będą wiedzieli, że ktoś korzysta z tego adresu e-mail i czyta spam).
Po czwarte - śledźcie informacje dotyczące tej sprawy.

O ile namierzenie osób będących obecnie w posiadaniu wykradzionej bazy graniczy z cudem (rozpracowanie botneta wymaga sporych środków), o tyle źródło wycieku prędzej czy później zostanie ujawnione. Całkiem możliwe, że skieruję wtedy sprawę na drogę sądową.

Czytaj dalej...

czwartek, 24 grudnia 2009

o 11:04 , Autor: Rafał 0 komentarze

W tym poście poruszę kilka spraw, które mógłbym całkiem spokojnie rozbić na trzy osobne wpisy. Niestety z braku laku wyszło jak wyszło...

Na początku chciałbym zaznaczyć ciekawy zwrot w funkcjonowaniu serwisu Youtube, a konkretniej mówiąc: nowy sposób podchodzenia do zamieszczania nieoryginalnych filmików w tym serwisie.
Dawno dawno temu, kiedy Youtube jeszcze do Google nie należało, sprawa wrzucania nieoryginalnych materiałów była rozwiązywana w sposób prosty: zbanowanie konta wrzucacza wraz z poinformowaniem go o przyczynie. Po sławnym przejęciu serwisu przez internetowego giganta polityka pozbywania się nieoryginalnych filmów została zdecydowanie złagodzona: moderatorzy serwisu Youtube blokowali jedynie poszczególne filmy, ostrzegając użytkownika o konsekwencjach zamieszczania takich materiałów oraz dając mu możliwość do udowodnienia swoich racji poprzez bezpośrednią korespondencję z przedstawicielem serwisu.
Wielkie było moje zdziwienie, kiedy kilka dni temu próbując zalogować się na moje konto ujrzałem następującą wiadomość:



Konto otrzymało wiecznego bana. Za co? Ciężko powiedzieć. Owszem, miałem tam dwa krótkie fragmenty anime oraz trzy openingi, ale nie jest to powód do natychmiastowego blokowania całego konta. Niestety razem z filmikami, które mogły zostać uznane za nieoryginalne, wyleciały również moje autorskie filmiki, w tym dwa nagrania z koncertu WOGULE na konwencie B-Con autorstwa Mupeta. Postaram się niedługo odtworzyć te filmiki i wrzucić je jeszcze raz na nowe konto.
Co zarzucam serwisowi Youtube? To, że mimo zmiany polityki traktowania nieoryginalnych nagrań video, zablokowano mi konto bez żadnego ostrzeżenia i bez poinformowania mnie o tym. Niestety, serwis nie daje możliwości odzyskania tych autorskich filmów, które "wyleciały" razem z całym kontem. Baka!



Ostatnio w polskim internecie poruszenie wywołał wpis na blogu Niebezpiecznik.pl, w którym opisano wykorzystywany przez polską policję program COFEE (dlaczego nazwa kojarzy mi się z popularnym na początku tego wieku trojanem CAFEiNi?). Jest to tak naprawdę przyjazny dla użytkownika interfejs służący do zbierania dowodów rzeczowych w komputerze osoby podejrzanej o popełnienie przestępstwa (włamania, kradzieże, posiadanie nielegalnych materiałów) przy wykorzystaniu ogólnodostępnych narzędzi. Dzięki temu policjant za pomocą jednego kliknięcia jest w stanie wyciągnąć z komputera podejrzanego odpowiednie wpisy w rejestrze, pliki, hasła, logi przy wykorzystaniu automatycznie uruchamianych w tle podprogramów i przekształcić je w czytelny dla użytkownika raport.
Można jednak postawić pytanie - czy w czasach, kiedy prawdziwość odczytu tzw. "suszarki" drogówki można obalić poprzez brak certyfikacji baterii, można zaakceptować jako dowód rzeczowy dane binarne zebrane przez niecertyfikowany w żadnym polskim ministerstwie program, który tak naprawdę zajmuje się obrabianiem danych binarnych? Życzę powodzenia policyjnemu informatykowi, który będzie musiał przed sądem (a załóżmy, że sędzia nie ma żadnej wiedzy informatycznej) przedstawić pełną zasadę działania programu i udowodnić prawdziwość oraz niezafałszowanie zebranych danych. Jedynym rozwiązaniem jest chyba zabranie podejrzanemu całego komputera i dopiero wtedy odpalenie programu generującego raport. Ale weź tu teraz szczegółowo udowodnij, że COFEE nie preparuje danych w komputerze... Warto dodać, że COFEE działa tylko pod systemami Windows.

Na zakończenie, wszystkim odwiedzającym mój blog chciałbym życzyć wesołych i rodzinnych świąt Bożego Narodzenia, smacznego karpia:



wymarzonych prezentów:



śniegu za oknem:



i ogólnie wszystkiego najlepszego!
Niech te święta umili Wam "ulepszona" wersja słynnego hitu zespołu Wham! pt. "Last Christmas". Polecam!




Czytaj dalej...

czwartek, 3 grudnia 2009

o 08:33 , Autor: Rafał 0 komentarze

Ciupali, ciupali, aż się dociupali. Po kilku atakach, które doprowadziły co najwyżej do podmiany strony głównej, w końcu przeprowadzono skuteczny włam. Wszystko wskazuje na to, że wyciekła baza danych, w tym tabele zawierające dane użytkowników serwisu. Czy jest się czego bać?

Odpowiedź brzmi: raczej nie. Hasła wyciekły, owszem, ale w formie zahaszowanej. Jedyna możliwa forma "złamania" (czyli odtworzenia prawdziwego hasła na podstawie haszu) to ataki słownikowe (z wykorzystaniem tzw. tęczowych tablic). Problem w tym, że takie łamanie trwa bardzo długo, a przy bardzo skomplikowanych hasłach jest praktycznie niemożliwe. Jeśli korzystasz Bojowniku na wielu stronach internetowych z takiego samego, prostego hasła pokroju: "12345", "dupa", "ala" - czas je zmienić we wszystkich serwisach internetowych, bo prawdopodobieństwo wystąpienia takiego ciągu znaków w słownikach służących do łamania haseł jest bardzo duże. Dłuższe i skomplikowane hasła są bezpieczne, ale profilaktycznie należy je również zmienić.

Hasła, hasłami. A co z resztą danych? Tutaj jest już nieco gorzej. Baza zawierała adresy e-mailowe użytkowników serwisu - taki ogromny zestaw "sprawdzonych" (bo działających!) adresów to łakomy kąsek dla spammerów, którzy chętnie wykupują takie skradzione bazy danych na czarnym rynku. Nowe reklamy viagry, cialisu, tanich rolexów... całkiem możliwe, że Bojownicy JM będą mogli zaobserwować wzmożony odbiór takich wiadomości na swoich skrzynkach (czas ustawić filtry antyspamowe).

I jeszcze jedna sprawa: dane adresowe. Wprawdzie te pola były jedynie opcjonalne i większość Bojowników ich nie wypełniała, to na pewno znalazły się osoby, które pozostawiły tam swoje dane adresowe. Tutaj jedynym zagrożeniem jest sama publikacja tych danych w internecie - sama w sobie nie jest szczególnie niebezpieczna, ale mało osób z zadowoleniem przyjmie wiadomość, że jej pełny adres domowy wisi gdzieś w sieci. Wątpię, by ktokolwiek z zagranicy mógł skorzystać z polskich adresów domowych, a polski "czarny rynek" (jeśli w ogóle jeszcze istnieje) raczej nie jest zainteresowany takimi danymi.

Serwis JM jest w tej chwili wyłączony. Administracja stara się dokładnie sprawdzić przebieg ataku i załatać wszelkie dziury, które do niego doprowadziły. Sam jestem ciekaw jak do tego doszło - pierwsze doniesienia wskazują na błąd portalowego systemu archiwizacji danych.

Czytaj dalej...

poniedziałek, 16 listopada 2009

o 10:23 , Autor: Rafał 0 komentarze

Wprowadziłem drobne zmiany w układzie graficznym bloga. Z loga wyleciała Konata z BSODem, a na jej miejsce spasiony kocur z podniesioną łapą. Co jednak ten kocur oznacza w kraju kwitnącej wiśni?

Każdy w Polsce słyszałem o takich cudach jak "drzewka szczęścia" lub "słonie z podniesioną trąbą", których zadaniem jest m.in. pomoc licealistom w zdaniu matury. Kraje wschodu, czemu trudno się dziwić, posiadają takich symboli mnóstwo. Opisywany przeze mnie kot nosi nazwę Maneki Neko (neko - kot, maneki - zapraszać, zapraszający). Kot ten siedzi trzymając podniesioną jedną łapę (w geście zapraszającym), a drugą trzyma na starojapońskiej złotej monecie koban. Często na monecie zapisana jest kwota 10 milionów ryō.
Figurki Maneki Neko są popularne wśród Japończyków jako "talizman", mający na celu "przywołanie" szczęścia i fortuny. Można go spotkać nie tylko w domach, ale również w restauracjach i siedzibach firm. Z czasem Maneki Neko zaczął pojawiać się w nieco unowocześnionych formach - od skarbonki, po breloczki do telefonów komórkowych.
Maneki Neko są ostatnio popularne również w Polsce. Można je spotkać w wielu sklepach oferujących ozdobną ceramikę, jak również coraz większy ich wybór pojawia się w serwisie Allegro (chociaż ceny są czasem sporo zawyżone).

Z ogłoszeń parafialnych: od wczoraj zaczynam aktywnie funkcjonować w serwisie Facebook. Trzeba przyznać, że ten serwis społecznościowy bije na głowę polskie wytwory pokroju "Naszej-Klasy". Choć przyznam szczerze, że głównie zachęciły mnie facebookowe gry on-line...

Czytaj dalej...

sobota, 10 października 2009

o 21:43 , Autor: Rafał 0 komentarze

Polscy miłośnicy m&a na pewno doskonale znają serwis internetowy Azunime.net, którego specjalnością są tzw. "zajawki", czyli recenzje i oceny konkretnego anime na podstawie pierwszego odcinka serii. Muszę wspominać, że takie rozwiązanie jest dosyć irytujące?

Stare przysłowie mówi: "nie oceniaj książki po okładce". Jednak autorzy "zajawek" najwidoczniej zaspali na języku polskim lub po prostu tego przysłowia nie znają. Na przekór wszelkim możliwym normom - ichniejsi recenzenci na podstawie jednego odcinka oceniają calutką serię, która nieraz liczyć może dwadzieścia lub więcej odcinków.

Jak powinna wyglądać dobra "zajawka" wg. mnie? Na pewno powinna zarysować fabułę danego tytułu, opisać grafikę, muzykę i inne sprawy techniczne.

Czego NIE powinna zawierać "zajawka" wg. mnie? Jakiegokolwiek wróżbiarstwa w postaci przewidywania sukcesu/porażki serii, co niestety pojawia się w zdecydowanej większości recenzji. Jeden odcinek jest zbyt małą próbką, by pokusić się o tak pewną ocenę. Nie tędy droga!

PS. Polska piłka kopana [*]

Czytaj dalej...

sobota, 19 września 2009

o 18:12 , Autor: Rafał 0 komentarze

Ciekawy problem poruszył dziś na swoim blogu Piotrek Konieczny dotyczący cichego przekazywania danych użytkowników między serwisami internetowymi. W tym przypadku doszło do "transakcji" między (skopanym ostatnio) Wykopem a Naszą-Klasą.

Ku chwale ojczyzny i "sekjuriti" oba serwisy postanowiły sprawdzić, czy czasem wykopowicze nie posiadają kont na Naszej-Klasie. Po wykryciu zgodności adresów e-mail, automat NK uruchamiał procedurę zmiany hasła, zmuszając użytkowników do skorzystania z opcji "przypomnij hasło". Zapomniałeś/aś swojej daty urodzin? Po pierwsze - zacznij się żegnać z kontem, po drugie - już nie pij tego świństwa.

Oczywiście cała sprawa to pokłosie głośnego wycieku bazy danych Wykopu. Pytanie tylko brzmi: czy moralnym (bo polskie dziurawe prawo pewnie pobłaża takim procedurom) jest jakiekolwiek przekazywanie danych użytkownika bez wcześniejszego uzyskania zgody samego zainteresowanego? Nawet w imię tzw. "bezpieczeństwa"? Sprawa mocno dyskusyjna.

Bezpieczeństwo bezpieczeństwem, ale sam byłem świadkiem takiego przekazywania danych między dwoma serwisami. Miałem wtedy 17 lat, czyli sytuacja miała miejsce jakieś 5 lat temu. Szczęśliwy posiadacz konta w serwisie Allegro (tak, byłem wtedy nieletni, moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina). Podjąłem próbę zarejestrowania się w serwisie PayU, umożliwiającym moim klientom zapłatę przy użyciu kart płatniczych. Podczas rejestracji podałem: imię, nazwisko, adres, PESEL oraz adres e-mail. Rejestracja nie została jednak zakończona, gdyż skrypt na podstawie mojego numeru PESEL wykrył, że nie mam jeszcze ukończonego 18 roku życia. Rejestracji nie mogłem kontynuować, wyłączyłem przeglądarkę.

Następnego dnia otrzymałem dwa e-maile informujące o zawieszeniu mojego konta Allegro oraz konta aukcyjnego na serwisie WOŚP. Wiem, że PayU jest obecnie częścią grupy Allegro (chociaż nie pamiętam jak sytuacja wyglądała 5 lat temu przed sprzedażą serwisu), ale nie dość, że moje dane zostały zapisane mimo niedoprowadzonej do końca rejestracji, to w dodatku nastąpił swobodny przepływ tych danych między dwoma serwisami. Sytuacja co najmniej niesmaczna.

Czytaj dalej...