sobota, 25 czerwca 2011
Człowiek ma w życiu takie chwile, w których pragnie uczestniczyć bezinteresownie w rzeczach "dużych", chcąc pozostawić coś po sobie na lata. Podobnie było ze mną. Oczywiście nie brałem udziału w żadnym powstaniu, wojnie, ani nie byłem członkiem żadnej misji humanitarnej. Tym razem mam na myśli projekt Wikipedia, w który zaangażowany byłem nie tylko od strony tworzenia tekstów, ale również od strony publikowania fotografii. I właśnie o fotografiach będzie ten wpis.
Największego "fioła" na punkcie publikowania swoich fotografii w zasobach Wikipedii miałem w latach 2005-2008. Dysponując moją pierwszą (i jak do tej pory jedyną) cyfrówką Canon PowerShot A70 utrwalałem na zdjęciach obiekty historyczne, naturę oraz miejsca wyjątkowe. Samą fotografią nigdy się nie interesowałem - nigdy mi nie zależało na posiadaniu super-drogiego aparatu, średnio mnie interesowała obróbka graficzna moich zdjęć. Interesował mnie jedynie sam fakt utrwalania pewnych rzeczy i uwieczniania ich w zasobach internetowej encyklopedii. Zdjęcia mojego autorstwa można obejrzeć obecnie w trzech galeriach:
Galeria 1 (do roku 2007)
Galeria 2 (od roku 2008)
Galeria Twierdzy Przemyśl
Szczególnie miło wspominam powstawanie trzeciej galerii, którą stworzyłem jeszcze w czasach liceum. Zdjęcia zostały stworzone podczas czterech rajdów rowerowych po fortach Twierdzy Przemyśl, który zorganizowałem wraz z kolegą z klasy - Tomkiem. Galeria ta stanowi obecnie (chyba) najbardziej obszerny zbiór współczesnych fotografii fortów Twierdzy Przemyskiej jaki jest dostępny w internecie. Niestety zdjęcia urodą nie grzeszą, gdyż opublikowane zostały bez żadnych wcześniejszych poprawek graficznych.
Wikipedia ma to do siebie, że zamieszczane na niej materiały można publikować jedynie na tzw. "wolnych licencjach". Z grubsza można je podzielić na dwie kategorie: pierwsza licencja polega na całkowitym zrzeknięciu się praw autorskich do pracy, a druga zezwala na dowolne wykorzystanie publikowanych prac pod warunkiem podpisania zdjęcia imieniem i/lub pseudonimem autora. Swoje zdjęcia publikowałem zawsze na tym "drugim" typie licencji żądając podpisywania zdjęć moim pseudonimem, czyli Goku122.
Po latach z zaskoczeniem odkryłem, że niektóre z moich prac zaczęły pojawiać się poza Wikipedią, nieraz w bardzo popularnych serwisach. Niestety - w większości przypadków redaktorzy serwisów internetowych traktują Wikipedię jako "zbiór fajnych obrazków" i mają w "głębokim poważaniu" licencje publikowanych tam fotografii. Najczęściej pozostaje mi tylko załamać ręce i dać sobie spokój, aby uniknąć niepotrzebnej walki z wiatrakami.
"Życie" moich zdjęć badałem przy wykorzystaniu rewers-wyszukiwarki TinEye.com. Pozwala ona na wyszukiwanie w internecie kopii podanych grafik. Wprawdzie ilość znajdujących się w niej zindeksowanych grafik jest jedynie kroplą w morzu internetu, lecz jest to prawdopodobnie jedyne dostępne tego typu narzędzie.
Chyba najpopularniejszym moim zdjęciem, które "wyciekło" poza Wikipedię jest fotografia "Trzech Krzyży", która została wykonana przeze mnie w 2005 roku podczas wycieczki na Łysą Górę. Pomijając fakt, że zdjęcie jest wykorzystywane w blisko 31 wersjach językowych Wikipedii, to w dodatku było często wykorzystywane w artykułach dotyczących Zbrodni Katyńskiej, zwłaszcza w mediach rosyjskojęzycznych (oczywiście bez żadnych informacji o autorze zdjęcia):
Newsland.ru
Time.mk
Gazeta.ru
Imperiya.by
A nawet zdjęcie to pojawiło się w mediach anglojęzycznych po Katastrofie Smoleńskiej:
RT.com
Zdjęcie rekonstrukcji krematorium w byłym nazistowskim obozie Majdanek wykonałem podczas... wycieczki szkolnej w gimnazjum. Zdjęcie pojawiło się w artykule telewizji SkyNews.
Moje zdjęcie stoku narciarskiego w Przemyślu pojawiło się w portalu Wiadomosci24.pl jako ilustracja do artykułu o przypadkach śmiertelnych na polskich stokach. Co ciekawe, artykuł nawet słowem nie wspominał o przemyskim stoku...
O Pomniku Ofiar UPA zrobiło się głośno po demontażu znajdującej się na nim rzeźby. Jedna z podkarpackich gazet - Nowiny - poszukując w trybie pilnym zdjęcia pomnika sprzed demontażu ów rzeźby, wykorzystała moje zdjęcie i opublikowała je (bez żadnego podpisu) zarówno w internecie, jak i w wersji papierowej gazety. Po kontakcie z redaktorem naczelnym poprawiony został podpis w wydaniu internetowym gazety, a w wersji papierowej zamieszczone zostały oficjalne przeprosiny (zabawnie wyszło, bo przeprosiny wydrukowane zostały zaraz obok nekrologów).
Poza gazetami i portalami internetowymi - moje zdjęcia wielokrotnie pojawiały się na prywatnych blogach oraz na prywatnych stronach internetowych. Jako pozytywny przykład (prawidłowy podpis do zdjęcia) podać mogę niedawną publikację mojego zdjęcia na portalu historycznym HistMag.
Co ciekawe, moje prace wychodzą nawet "poza internet". Wykonana przeze mnie wektorowa grafika przedstawiająca mapę Twierdzy Przemyśl została wydrukowana i zawieszona w prywatnym muzeum Fortu XII Werner. Jeszcze nie miałem okazji odwiedzić tego muzeum (podczas tworzenia galerii Twierdzy Przemyśl fort ten znajdował się jeszcze na ogrodzonym terenie wojskowym i nie można było do niego wchodzić), lecz jeśli będę miał kiedyś okazję, to chętnie pogadam z właścicielem muzeum o licencjach.
Zdjęcie zawieszonej mapki zostało wykonane przez bojownika Netis podczas jego wycieczki do Przemyśla w lipcu 2010.
Podsumowując - nie mam do nikogo żalu za wykorzystywanie prac i nawet cieszę się, że nie są to zdjęcia robione do szuflady, że obejrzeć je może większa liczba internautów. Zwłaszcza, że publikuję je za darmo z własnej woli. Tylko czy naprawdę jest aż tak trudno dopisać obok pseudonim autora?
Czytaj dalej...
wtorek, 2 lutego 2010
Niestety - pogarszający się stan mojego kolana (które wprawdzie nie przeszkadza mi w chodzeniu, ale zdecydowanie utrudnia np. chodzenie po schodach) zmusił mnie do zanurzenia się po raz pierwszy w najbardziej zagadkowej organizacji na świecie, która powszechnie zwie się polską służbą zdrowia.
Moją wędrówkę ku zdrowiu musiałem oczywiście rozpocząć od najniższego szczebla, czyli lekarza pierwszego kontaktu. Po załatwieniu terminu i odczekaniu swego w kolejce, Pani Doktor od razu wypisała mi skierowanie na leczenie specjalistyczne do chirurga-ortopedy. Kolejnym krokiem było załatwienie terminu wizyty w poradni specjalistycznej w wybranym przeze mnie szpitalu. Mój wybór padł na Wojewódzki Szpital Specjalistyczny im. L. Rydygiera w Krakowie.
Pierwsze co mnie uderzyło, to wyjątkowo ciekawe oznakowanie szpitala. Wszystkie możliwe punkty rejestracji do poradni specjalistycznych zostały ładnie oznakowane - z wyjątkiem mojej, czyli Poradni Chirurgicznej. Na szczęście szatniarki, pracujące jednocześnie jako punkt informacyjny, całkiem porządnie wytłumaczyły mi w jakim kierunku powinienem się udać szpitalnym labiryntem - tzw. "tablice informacyjne" można rozbić o kant tyłka, bo z ich pomocą człowiek nie jest w stanie gdziekolwiek trafić. Po dwóch skrętach w lewo, minięciu ostrego dyżuru i kilku kolejnych bloków szpitala, dotarłem do rejestracji Poradni Chirurgicznej.
Dwa okienka rejestracji, spora kolejka. Być może wszystko mogło by odbyć się zdecydowanie sprawniej, ale "królami szpitala" są oczywiście (znane z autobusów miejskich) turbobabcie i turbodziadki, które uwielbiają wpierniczać się na początek kolejki. Jeśli ktoś zwróci im uwagę, to oczywiście szybko odpyskują, że "przecież oni stoją tu od 7 rano" (miałem ochotę odpowiedzieć, że gó*no mnie to obchodzi, ale jakoś się powstrzymałem).
Jakoś dopchałem się do tego okienka i przedstawiłem odpowiednie dokumenty. Termin wizyty mam wyznaczony na początek kwietnia. Z mojej rozmowy z lekarką pierwszego kontaktu wynika, że powinienem raczej spodziewać się zabiegu artroskopii - a to wiąże się również z wcześniejszym przeprowadzeniem serii szczepień przeciw żółtaczce (na wszelki wypadek). Pożyjemy, zobaczymy.
Ktoś zapyta - dlaczego męczysz się z NFZ, zamiast iść od razu do prywatnego gabinetu? Odpowiadam - rodzice od lat płacą składki na służbę zdrowia, to dlaczego mam nie skorzystać z czegoś, co mi się należy? Póki mam siłę, to wycisnę z NFZ tyle, ile się tylko da.
Z przyjemniejszych rzeczy: hemoglobina wróciła do normy i mogłem dziś dwunasty raz oddać honorowo krew. Legitymacja krwiodawcy zapełniona, "na dniach" powinienem otrzymać nową, tym razem z twardymi okładkami. Do odznaki 3 stopnia brakuje jeszcze dwóch oddań krwi.
Ja wracam do zjadania moich darmowych czekolad, a wszystkim walczącym z polską służbą zdrowia polecam utwór zespołu Czarno-Czarni:
wtorek, 20 października 2009
Jakiś czas temu Wojciech Cejrowski w swoim programie "Po mojemu" (emitowanym na kanale TVN Style) ostro i zdecydowanie wypowiadał się na temat spraw, które go wkurzają w życiu codziennym. Ja nie będę gorszy i też się trochę powkurzam.
W krakowskich autobusach, które są dla mnie codziennością, wkurzają mnie dwie rzeczy. Nie mam na myśli korków, ciasnoty, czy marnej klimatyzacji - do tego człowiek może się przyzwyczaić. Denerwuje mnie zachowanie niektórych pasażerów, którzy robią wszystko, by jak najbardziej przeszkadzać współpasażerom.
Pierwsze wkurzające mnie zachowanie - próba dopchania się do drzwi wyjściowych mimo, iż do przystanku jeszcze daleko. Bardzo popularne wśród starszych osób. Zamiast poczekać, aż autobus się zatrzyma lub zacznie zwalniać na ostatniej prostej - taki osobnik nachalnym przepychaniem się zmusza wszystkich do wygibasów i puszczenia uchwytów, co przy ostrych zakrętach może zakończyć się glebą lub rozkwaszeniem nosa na szybie. POCZEKAJ! Na pewno nie tylko ty wysiądziesz na tym przystanku, a to, że będziesz pierwszy/a przy drzwiach i tak nic ci nie da! Kierowca też nie ruszy, póki widzi ruch w kamerze!
Druga sprawa dotyczy głównie młodych. W Krakowie już rzadko się z tym spotykam, ale na przykład w moim Przemyślu jest to wciąż na porządku dziennym. Wbijcie sobie dzieciaki do łba, że słuchanie na głos muzyki w środkach publicznego transportu to WIOCHA (a słuchanie na głos hip-hopu lub techno to już TOTAL WIOCHA). Kupcie sobie słuchawki, do jasnej cholery!
Krótko mówiąc - będąc w tłumie staraj się zachowywać tak, by jak najmniej przeszkadzać innym. OK?!

mgr inż. Rafał Pysz "Goku122"


